niedziela, 6 kwietnia 2014

Fanfic III cz.2 -ost.

Nie mógł w to uwierzyć. Jak to mogło się stać? Wszystko mieszało mu się w głowie, jednak po chwili to, co mu się dziś przytrafiło, układało się w logiczną całość. Te stroje, miejsca, ulice, suterena, brak jakichkolwiek rosyjskich napisów… No bo jakby to inaczej wytłumaczyć? Tylko jakim cudem….? Feliks potrząsnął głową, by przywrócić się do porządku dziennego. Zatroskana dziewczyna wciąż stała obok niego ze zmartwioną miną.
-Przepraszam za to całe zmieszanie… dziś mam jakiś dziwny dzień –powiedział wreszcie.
-Nic się nie stało, czasami też jestem mocno zakręcona –zaśmiała się i skierowała swój wzrok gdzieś za chłopaka –o, w oddali widać już informację turystyczną.
-W takim razie już dalej sobie poradzę, dziękuję –wymusił na sobie uśmiech, jednak trybiki w jego głowie pracowały pełną parą, a mózg domagał się wyjaśnień. Zastanowił się chwilę. Przecież ta dziewczyna mogła być jedyną osobą, która mogłaby cokolwiek mu powiedzieć!
-Mam nadzieję, że znajdziesz miejsce, które poszukujesz –spojrzała na niego ostatni raz i obróciła się w przeciwną stronę. ‘Muszę coś szybko wykombinować.’ –pomyślał nerwowo.
-Nawet nie spytałem się, jak masz na imię –powiedział do odchodzącej dziewczyny. Tamta obróciła się zaskoczona.
-Paulina –dygnęła przed nim i wyciągnęła rękę.
-Feliks –miał on jednak inne od niej zamiary, gdyż zamiast ją uścisnąć, pocałował jej dłoń szarmancko, na co dziewczyna się zarumieniła.
-Ładnie, takie dostojne i stare. Oczywiście w dobrym tego słowa znaczeniu – rozbawiona odchyliła złote włosy do tyłu, a chłopak znów patrzył się oniemiały. Po chwili przywrócił siebie jednak do porządku wiedząc, że ma na razie ważniejsze sprawy na głowie.
-Tak, moi rodzice są dość staromodni –podrapał się po głowie niezdarnie –wiesz, bardzo przywiązywali wagę do tradycji i polskiej kultury –mimo, iż takie stwierdzenia mogłyby być ryzykowne, zważywszy, że nie wiedział jaka jest teraz sytuacja w Europie, postanowił zaryzykować.
-Oh, uważam, że to bardzo dobrze z ich strony. Teraz ludzie coraz mniej przywiązują wagę do takich rzeczy. Do naszej kultury… coraz bardziej nie zwracają na to uwagi. Myślą, że skoro teraz mogą swobodnie mówić po polsku i żyć wolni, to oznacza, że zawsze tak będzie. Kiedyś  też myślano, że nic już nie zepsuje ładu, ale jak widać trochę się przez ostatnie stulecie pozmieniało… Ja cenię takich ludzi, jak twoi rodzice. Historia pokazała, że tacy są najważniejsi, mogą przekazywać to wszystko swoim potomkom, a oni kolejnym –nagle zakryła swoje usta dłonią, gdy zauważyła nieobecny wzrok chłopaka –oh, przepraszam, czasami zbyt się rozgaduję.
Feliks stał przed nią niemal z otwartą buzią bez słowa. Wolni?  Ale w jakim tego słowa znaczeniu? Jednak mimo niepewności, na jego twarzy pojawił się ogromny uśmiech.
-Dziękuje! Naprawdę poprawiłaś mi tym humor! –miał ochotę niemal ja uściskać.
-N-nie ma za co. Powiedziałam tylko, to co myślę.
-To ja już pójdę, jestem bardzo spóźniony. Do widzenia! –pożegnał ją szybko, wesoło machając do niej ręką i niemal biegiem skierował się w stronę informacji turystycznej. Dziewczyna również mu odmachała i lekko zaskoczona tym dziwnym spotkaniem stała jeszcze chwilę w miejscu.

Feliks dawno nie czuł się taki szczęśliwy. Głęboko wciągnął powietrze do płuc. Nie wiedział kiedy odzyska wolność, ale wiedział, że w końcu to się stanie. Z radością chłonął wszystko co widział. Dzieci biegające dookoła, uliczni muzycy, dziwnie ubrani ludzi siedzący przy kawiarniach, rozmawiającymi po polsku przy polskich szyldach. To wszystko sprawiało, że świat stawał się nagle o wiele piękniejszy. W końcu wszedł do środka budynku. Było tu wiele broszurek i ulotek. Wziął jedną z planem miasta, mając nadzieje, że są darmowe. W tym momencie jego entuzjazm trochę ucichł. Zauważył bowiem, że rozmieszczenie budynków jedynie w niewielkim stopniu pokrywa się z tym, co pamiętał. Wyszedł na zewnątrz, a zachodzące słońce oświetliło jego twarz. To  miejsce wyglądało niemal tak samo jak je zapamiętał, jednak zauważył, że niektóre budynki miały jakby inny kształt. Wyglądało na to, że zostały po prostu odbudowane. Spoglądał to wszystko lekko zasmucony, a wiatr zaczął targać jego włosami.
‘Ile to miasto musiało przejść…’ Zapewne było świadkiem wielu historycznych wydarzeń, które dla niego są dopiero przyszłością. Dotknął ręką jednej ze ścian kamieniczki, z której wyszedł i przesunął po jej gładkiej powierzchni. W głębi duszy bał się, co go jeszcze spotka. ‘Ile będę musiał jeszcze poświęcić, by być na powrót wolny?’ Zamyślił się.  Zastanowił się, czy to możliwe, by gdzieś niedaleko był on z przyszłości, czyli tutejszej teraźniejszości. Po chwili jednak ostentacyjnie pomachał przed sobą rękami, jakby chcąc odgonić ten pomysł. Wiedział, że nie może się spotkać ze samym sobą, mimo iż bardzo go to ciekawiło. Bał się, że w ten sposób może doprowadzić do jakiegoś paradoksu.
-Dzień dobry! –nagle usłyszał za swoimi plecami. Z jakiegoś powodu przebiegł go dreszcz. Znał ten głos. Powoli obrócił się w stronę rozmówcy.
-Coś taki przestraszony? Przecież się tu umówiliśmy –powiedział rozbawiony –nie spodziewałem się, że przyjdziesz tak punktualnie, zawsze się spóźniasz. Polsce mimowolnie nogi zrobiły się jak z waty. To on. Ten płaszcz. Szaro-blond włosy. Rosyjski akcent. Rosja.

Nie mógł wydusić z siebie ani słowa. Przed jego oczami przesuwały się niezbyt pozytywne wspomnienia z tym państwem. Szczególnie te ostatnie.
-W-witaj –wyksztusił wreszcie z siebie. Wiedział, że musi się zachowywać jak gdyby nigdy nic. Z jego zachowania wywnioskował, że muszą mieć teraz złych stosunków ze sobą.
-Fajny miałeś pomysł z tym, że u ciebie będziemy mówić po twojemu, a u mnie po mojemu. Odświeżę sobie polski przynajmniej –chwilę się zamyślił –w Szczebrzeszynie chrząszcz brzmi w trzcinie! Ha! Wciąż umiem to powiedzieć! –stwierdził zadowolony.
Dla Feliksa ta sytuacja była całkowicie surrealistyczna. Nie pamiętał, kiedy ostatnio rozmawiał z nim nie obawiając się o swoje życie.
-Widzisz, ja mam zawsze zawszę rację –starał się uśmiechnąć, jednak wspomnienia z czasów zaborów skutecznie mu to uniemożliwiały.
-Tylko nie przesadzaj mi tu towarzyszu –klepnął go przyjacielsko po plecach, jednak ze swoją dość charakterystyczną dla niego siłą, na co blondyn niemal się zakrztusił. Zastanawiał się, po co on w ogóle przyjechał go odwiedzić. Uświadomił sobie jednak, że musi go jak najszybciej stąd zabrać, ponieważ zaraz może tu przyjść ‘drugi’ Polska.
-M-może poszlibyśmy do jakiejś kawiarni? Zaczyna się robić chłodno.
-Do kawiarni? W sumie… skoro to i tak tylko luźne spotkanie, to masz racje, po co się bawić w te wszystkie gabinety… -oparł obojętnie.
Feliks postanowił wziąć się w garść. Musiał pokazać się z jak najlepszej strony, choćby dla swojego przyszłego ‘ja’.
Szli chwilę otoczeni przez wysokie kamienice. Po chwili na czole gospodarza zaczęły pojawiać się kropelki potu. Przecież nie miał pojęcia, gdzie może znaleźć jakieś odpowiednie miejsce na spotkanie! Żadna z nazw nie wyglądała dla niego znajomo. Nie widział, która z nich będzie na odpowiednim poziomie, bo, mimo wszystko, Ivan był dość ważną osobą. Nie mógł sobie pozwolić na chociaż najmniejszy błąd. Po krótkim czasie znalazł jednak rozwiązanie. Zatrzymali się po środku ulicy, a Feliks starał się wyglądać na rozluźnionego tak bardzo, jak to tylko było to możliwe w jego stanie.
-Wiesz co? Skoro jesteś dziś moim gościem, to może chciałbyś wybrać gdzie pójdziemy?
-Hm? Czemu nie? To nie jest takie głupie –rozejrzał się dookoła i wskazał na jedną kawiarenek –możemy iść tam, wygląda ciekawie.
Blondyn głęboko odetchnął z ulgą. Weszli do środka. Wnętrze było bogate i dostojne, a zarazem dość przytulne. Zajęli jeden ze stolików przy oknie i zamówili po kawie. Polsce ponownie zaczęły trząść ręce. Nie miał pojęcia, o czym mógłby z nim rozmawiać. Rosja jednak pozbawił go tego zmartwienia, przynajmniej na chwilę. Zaczął mówić bowiem na jakieś tematy dotycząc gospodarki, coś jakimś gazie. Za dużo z tego nie rozumiał, ale jego gość mówił tak swobodnie, więc miał nadzieję, że były to tylko luźne dywagacje. W głębi duszy modlił się tylko o to, by nie dał mu żadnych dokumentów do podpisania. Wolał nie wtrącać się w swoje przyszłe ja. Powoli więc siorbał kawę, od czasu do czasu przytakując swojemu rozmówcy, chcąc, by  to spotkanie jak najszybciej dobiegło końca.

Nagle oblał go jednak zimny pot. Kilka metrów od okna kawiarni, w której przebywali szedł nie kto inny jak on sam. Był ubrany w białą, elegancką koszulę i spodnie. Oglądał się dookoła, wyglądając jakby kogoś szukał. I Feliks siedzący przy stoliku chyba wiedział o kogo chodzi. Powoli, prawie niezauważalnie wsuwał się w głąb krzesła, jednak wiedział, że to nic nie zmieni. Nie mógł jednak dopuścić do tego, by ich zauważył. Albo Ivan go. Teraz już nie mógł zupełnie skupić się na temacie rozmowy, co chwilę zerkał w okno starając się wypatrzeć w tłumie siebie.
-Co ty tak dziwnie przymulony dzisiaj? –spytał się wreszcie Rosja.
-Eee... –wyjąkał –jakoś nie najlepiej dzisiaj spałem, potem miałem dużo do zrobienia i po prostu jestem trochę zmęczony.
-Dużo pracy? Mówiłeś przecież, że masz wolny weekend.
Polska otworzył szerzej oczy.
-Taaak… tak mówiłem, ale coś mi po prostu wypadło. Życie –starał się uśmiechnąć.
-Nie martw się, też tak często mam, nigdy nie dają mi spokoju –zaśmiał się – to może pójdziemy się przewietrzyć? Masz takie ładne parki…
Blondyn w to nie wątpił. Był tylko mały problem, gdyż nie miał pojęcia, gdzie one mogą się znajdować. Zerknął ostatni raz przez okno, ale nie znalazł tam siebie.
-Dobry pomysł, przydałoby mi się trochę przewietrzyć –powiedział już trochę uspokojony.
Zanim jednak wstali z krzeseł, z kieszeni Ivana zaczęło wydobywać się dziwne brzęczenie. Lekko przestraszony Feliks, nie widząc, czego się spodziewać znieruchomiał i wczepił paznokcie w siedzenie. Jego rozmówca, zbytnio się tym nie przejmując, wyjął podłużny przedmiot ze spodni i nawet nie spoglądając na wyświetlacz, podniósł go do ucha.
-Tak, słucham? –powiedział po rosyjsku. Jednak gdy usłyszał odpowiedź jego twarz nagle zbladła, a usta rozwarły w niemym zdziwieniu.
-P-polska? –wydukał.
Feliks po chwili uświadomił sobie, co się wydarzyło. Jego oddech stał się nagle ciężki i oblał go zimny pot. ‘Czy to możliwe by rozmawiał on właśnie ze mną? Ale to w takim razie oznaczałoby…’ Przełknął głośno ślinę nie mogąc się ruszyć z miejsca. Rosja nic już więcej nie mówiąc puścił przedmiot, który z głuchym łoskotem spadł na posadzkę.
-K-kim ty jesteś? –powiedział mając wielkie oczy.
Blondyn nie wiedział co powiedzieć. Ivan powtórzył pytanie i gdy po raz kolejny nie usłyszał odpowiedzi, nie zważając na tłumy w kawiarni, walnął pięścią w stolik. Polska podskoczył w miejscu nie spodziewając się takiego wybuchu. Stracił przez to równowagę i nie mogąc już nic na to poradzić, runął z krzesłem do tyłu i upadł na podłogę. Uderzył się dość mocno i przez chwilę pojawiły mu się mroczki przed oczami.
-Nic ci się nie stało? –spytał ktoś zdenerwowanym głosem. Feliks nie był w stanie odpowiedzieć. Złapał się za tył głowy i powoli postarał się wstać, jednak niezbyt dobrze mu to wychodziło. Ta sama osoba postanowiła mu pomóc i ponownie usadowiła go na krześle.
Jednak coś mu się nie zgadzało. Pomieszczenie wydawało się być teraz o wiele ciemniejsze. Powoli odzyskiwał ostrość widzenia. Zauważył, że ma obok siebie zamiast okna biurko, a zamiast niezrównoważonego Rosji - jakiegoś innego człowieka.
-Wszystko w porządku? –spytał ktoś jeszcze raz. Pamiętał ten głos.
-Stanisław…? –wydukał.
-Oczywiście, że to ja! Nie poznajesz mnie? Przepisywałem dokumenty jak mnie prosiłeś i musiałeś chyba zasnąć na jakiś czas. Nie zauważyłem, jak zacząłeś się zsuwać z krzesła i wylądowałeś na podłodze –uspokoił się i uśmiechnął –ale chyba wszystko w porządku, prawda?
-T-tak… -odparł, jeszcze niezbyt świadomy wszystkiego. Po chwili dotarło do niego, co tak naprawdę się stało.
-Niemożliwe, żeby to był sen… -wyszeptał do siebie –to  było takie realistyczne…
-Hm? Mówiłeś coś?
Feliks potrząsnął głową.
-Możesz iść już spać, rano to dokończę.
Chłopak pokiwał głową.
-Tak jest! –zasalutował i zaśmiał się –dobranoc. Proszę już tylko nie spać na krześle, dobrze?
-Postaram się –również się uśmiechnął –dobranoc. Gdy Stanisław wyszedł siedział tak jeszcze chwile zapatrzony w ścianę. ‘Co to mogło być? Jakaś wizja? Przecież to idiotyczne…’ Odetchnął. ‘Pożyjemy, zobaczymy.’ Zerknął na mały kalendarzyk stojący na biurku. ‘Jeszcze tylko sto pięćdziesiąt trzy lata.’


piątek, 21 marca 2014

Fanfic III cz.1

Przedstawiam Wam o to kolejny owoc mojej pracy, a raczej nagłego przypływu weny, która przychodzi tylko kiedy ma ochotę (╥﹏╥) Nie mam pojęcia jak mi to wyszło, pisałam pod wpływem chwili, więc z góry proszę o wybaczenie C: Wyjdą z tego chyba 2 części, ale na razie nie jestem pewna. Enjoy!


Był zimny październikowy wieczór. Kupcy zamykali swoje stragany, dzieci wracały do domów, a kawiarenki  pustoszały. Życie towarzyskie w mieście powoli zamierało.
Jednak nie dla wszystkich.
Żwirowaną drogą, okryty grubym płaszczem i z teczką pod pachą szedł młody, około dwudziestoletni chłopak. Miał kruczoczarne włosy i bystre spojrzenie. Dreptał nerwowo uważnie obserwując otoczenie. Dopiero, gdy rozejrzał się dookoła, a ostatnia dorożka zniknęła za zakrętem, skręcił w boczną uliczkę między obdartymi kamienicami, które lata swojej świetności miały za sobą. Dla przeciętnego obserwatora wydawać by się mogło, iż był to ślepy zaułek. Wprawne oko od razu dostrzegało jednak sprytnie ukryte za warstwami bluszczu drzwi. Chłopak ostatni raz obejrzał się za siebie i zapukał w nie wcześniej ustalonym kodem. Po minucie czekania drzwi delikatnie się rozwarły.
-Szewc już nieczynny –wyjrzał ktoś ze środka.
-O obuwie martwić się nie muszę –odpowiedział uśmiechnięty.
Gospodarz okazał się być starszym człowiekiem z bujną  siwą brodą. Odwzajemnił uśmiech i wpuścił przybysza do środka. Była to niewielka, jednak przytulnie urządzona suterena. Po środku największego pokoju było ustawionych wiele krzeseł, na których usadowieni byli młodzi ludzie. Dla wszystkich nie starczyło miejsc, więc niektórzy stali lub siedzieli na podłodze.
-Przepraszam za spóźnienie, ale mnie legitymowali –oznajmił zebranym.
-Nic się nie stało, zajmij jakieś wolne miejsce –powiedział ciepłym tonem blondyn, na którego była skupiona uwaga wszystkich –a więc, tak jak wspominałem, dziś urządzimy sobie kącik poezji polskiej –wstał, a w jego szmaragdowe oczy, podobnie jak wielu innym, zalśniły z ekscytacji, jak komuś, kto zrywa zakazany owoc –kto chciałby nam przedstawić swoje wiersze?

                                                                     ***
Wszyscy brali aktywny udział w spotkaniu. Recytowali swoje wiersze z pasją i emocjami. Trwało ono kilka godzin, a księżyc był już wysoko na niebie, gdy powoli rozchodzili się do domów.  
-Pamiętajcie, że zostało jeszcze tylko trzydzieści minut do godziny policyjnej –ostrzegł zielonooki blondyn, przewodniczący całego spotkania. Tylko niektórzy wracali do siebie, wiedzieli bowiem, jakie niebezpieczeństwo czeka ich po włóczeniu się nocą po mieście. Starszy mężczyzna,  właściciel sutereny, pozwolił reszcie przeczekać tu do rana. Młodzieniec z kruczoczarnymi włosami również zostawał. Rozdano im koce, a każdy zrobił sobie posłanie na podłodze. 
Chłopak układał się już do snu, gdy zauważył snop światła wychodzący przez uchylone drzwi sąsiedniego pokoju. Dochodziła już północ i zastanawiało go, kto może pracować o tak późnej porze. Jako, iż od urodzenia był ciekawskim człowiekiem, ostrożnie, tak, by nikogo nie obudzić, wstał i na palcach podszedł do drzwi i zajrzał przez otwór do środka. Tak jak przypuszczał,  był to ich wykładowca. Siedział pochylony nad jakimiś papierzyskami i pisał coś zawzięcie. 
-Nie powinien pan iść już spać? –spytał nieśmiało. Tamten odwrócił się znad dokumentów zaskoczony, jednak po chwili uśmiechnął się ciepło. 
-Niestety, to nie ode mnie zależy –westchnął –muszę  to wypełnić na jutro. A poza tym, nie mów do mnie per 'pan'. Dziwnie się wtedy czuje. Feliks jestem –wyciągnął dłoń na powitanie.
-Stanisław –uścisnął  mu dłoń –pomóc pa... ci w czymś? 
-W sumie... –spojrzał na stos piętrzących się papierzysk –znam cię już trochę i wiem, że szpiegiem nie jesteś –uśmiechnął się –mógłbyś mi pomóc w wypełnianiu tego według wzoru –położył  przed nim kilka kartek. Tamten usiadł na taborecie i ochoczo zabrał się do pracy. Jednak jako, iż był to człowiek bystry, już po pierwszej stronie zorientował się, co czyta.
-Jesteś z Białymi? ((Stronnictwo Białych ~wyguglować~)) -wyszeptał z niedowierzaniem. 
-Hah, wiedziałem,  że pewnie od razu się domyślisz. A więc – co ci będę się wypierał, tak, należę do nich. Nie popieram rozwiązywania wszystkiego przemocą. Wystarczająco nasz naród wycierpiał przez te wszystkie stulecia, żeby teraz znów przechodzić przez to samo.
-A-ale nic nie robiąc nigdy nie zdobędziemy niepodległości! –lekko podniósł głos, ale w porę się opanował.
-Robienie czegoś nie oznacza od razy walki zbrojnej.  Prawdziwą umiejętnością jest niedoprowadzenie do niej.
Stanisław uśmiechnął się kwaśno.
-Skoro tak uważasz…
-To, że na razie nie chcę powstania, nie oznacza, że nie walczę. Robię to cały czas. Choćby przez organizowanie takich spotkań.
-Rozumiem co masz na myśli –westchnął – chciałbym się urodzić w czasach wolnej Polski. To co teraz jest to jakiś sztuczny, marionetkowy twór… Ciekawe, czy dożyję tych czasów, kiedy znów będzie jak kiedyś... –zamyślił się smutno, a zaraz potem znów wrócił do pracy nie kontynuując rozmowy.
Feliks chwilę mu się przyglądał. Chciał coś powiedzieć, ale zrezygnował. Doszedł do wniosku, że ma on całkowitą rację. Najbardziej jednak ukuło go w serce to, że to dotyczyło właśnie jego.

 Nawet sam nie wiedział, czym się stał. Jako personifikacja nie miał już praw. To on był tym sztucznym, marionetkowym tworem. Pół-człowiekiem, egzystującym jakimś dziwnym prawem. Spojrzał jeszcze raz na młodzieńca pełnego energii i werwy z zapałem wypełniającego dokumenty. Żył   wiarą w lepsze jutro. Feliks zazdrościł mu. To był jeden z tych momentów, w których czuł się naprawdę bezsilny. Czasami wątpił, czy uda mu się kiedyś odzyskać niepodległość. Starał nie dopuszczać takich myśli do jego głowy, jednak one wciąż wracały jak bumerang. 
Była już około pierwsza w nocy. Mimo, iż miał jeszcze sporo pracy, senność nie dawała za wygraną. Literki rozmazywały się przed jego oczami, a on marzył już jedynie o pójściu spać. Postanowił, że krótka drzemka nic złego nie zrobi.

                                                                     ***
Przetarł leniwie oczy. Jasne promienie słońca skradające się do pomieszczenia przez małe okienko pod sufitem upewniło go, iż krótka drzemka w rzeczywistości nie była taka krótka. Spojrzał na zegarek. Otworzył szeroko oczy ze zdumienia, gdy okazało się, że wskazówki pokazują już południe. Gwałtownie wstał z krzesła z zamiarem pozbierania dokumentów, które miał oddać dziś rano. Ze zdziwieniem odkrył jednak, że nie ma ich już na stole. ‘Czyżby ten chłopak wziął je ze sobą?’ –pomyślał. Nagle przez jego ciało przebiegł dreszcz. ‘A co jeśli on naprawdę dla kogoś pracował?’.  Szybko wyszedł z pokoju, jednak stanął jak wryty, gdy zauważył co się stało z resztą mieszkania. Wokoło walało się wiele śmieci, wszędzie stały kartony i powywracane meble. Nie miał pojęcia, co się tu wydarzyło. Obawiał się jednak najgorszego.
-Wykryli nas –wyszeptał sam do siebie z niedowierzaniem.
Wszystko układało się w logiczną całość. Musieli przyjść dziś w nocy. Ale dlaczego jego nie wzięli? Nie sprawdzali innych pomieszczeń? Ale przecież dokumenty zniknęły. Nic z tego nie rozumiał. Stwierdził, że jeśli tutaj zostanie, to nic nie zdziała, więc podszedł do drzwi frontowych i delikatnie nacisnął na klamkę. O dziwo były otwarte, więc delikatnie je uchylił. Zaułek okazał się być czysty. Ostrożnie wyszedł na zewnątrz. Pierwsze, co go uderzyło, to gorąc  lejący się z nieba. Było bardzo ciepło. Aż za ciepło, jak na końcówkę października. Zostawiając jednak rozmyślenia nad pogodą na później, powoli zaczął się kierować w stronę głównej ulicy. W miarę jak szedł w stronę bardziej uczęszczanych dróg, jego dziwny niepokój wzrastał. Kamieniczki wydawały się tak jakby inne, a zarazem te same. Nie potrafił tego sobie wyjaśnić. Patrząc się pod nogi, tak by nie zwrócić niczyjej uwagi, wszedł na główną ulicę. Jego umysł coraz bardziej mówił mu, że coś jest nie tak. Wreszcie  trybiki wskoczyły we właściwe miejsca. Zamiast żwirowanej drogi, był deptak wyłożony brukiem! Przetarł oczy ze zdumienia. Czyżby się zgubił? Wreszcie odważył się podnieść głowę. Wokół niego przechodziła masa ludzi, którzy ubrani byli w przedziwne stroje. Feliks przeraził się nie na żarty. Nie mógł tego opisać. Każdy miał na sobie kolorowe ubrania oraz –to co zdziwiło go najbardziej –kobiety, tak samo jak mężczyźni, były ubrane w spodnie. ‘Gdzie ja się znalazłem?’ –spytał się w myślach. Ogarnęła go panika. Chciał jak najszybciej się stąd wydostać zaczynając biec na oślep przed siebie. W końcu coś twardego uderzyło go w brzuch, a on upadł na ziemię i skulił się w bólu. Nagle ktoś do niego podbiegł.
-Hej! Nic ci nie jest? –spytał jakiś kobiecy głos nad nim. Feliks lekko otworzył oczy. Zobaczył zmartwioną postać kucającą nad nim.
-Czy jesteś aniołem? –wyszeptał na w pół przytomnie. Kobieta zaśmiała się ciepło.
-Nie nie jestem. I mam nadzieję, że jeszcze przez jakiś czas zostanę człowiekiem –powiedziała rozbawiona i pomogła mu wstać.
-Wszystko w porządku? –spytała wciąż zmartwiona.
-Tak, chyba tak –stwierdził Feliks, nie chcąc wdawać się w szczegóły. Wreszcie mógł jej się przyjrzeć. Była dość wysoka, tak jak reszta ludzi ubrana w dziwny, dwuczęściowy strój. Jej kręcone, złote włosy sięgały jej aż do ramion, a w jej dużych niebieskich oczach odbijało się błękitne niebo. Szczerze powiedziawszy przyznał sobie w duchu, że z tym aniołem dużo się jednak nie pomylił.
-A tak w ogóle to wiem, ze to nie moja sprawa, ale widziałam cię, jak biegłeś i z impetem przywaliłeś w tą lampę… ktoś cię gonił? –spytała nieśmiało. Feliks nie wiedział co odpowiedzieć. Z chęcią zapytałby się jej po prostu, co tu się dzieję, jednak na razie chciał utrzymać pozory, że wszystko jest w porządku. Przynajmniej do póki nie zorientuje się lepiej w sytuacji. Nagle wpadł jednak na pewien pomysł.
-Nie, nic z tych rzeczy. Po prostu umówiłem się z kimś w pewne miejsce, ale nie mogę znaleźć tego adresu, a jestem już spóźniony –powiedział ze zmartwioną miną.
-Dobrze znam to miasto, mogłabym ci pomóc –zaoferowała od razu, a na twarzy Feliksa na ułamek sekundy pojawił się triumfalny uśmiech. Miał nadzieję, że tym sposobem uda mu się wreszcie dotrzeć do znanych mu miejsc. Podał jej adres zbliżony do właściwego. Na twarzy dziewczyny pojawiła się konsternacja.
-Dziwne… mieszkam tutaj od urodzenia, ale nie kojarzę tej ulicy. Szkoda, że nie mam ze sobą telefonu –zamyśliła się – wiem! Chodźmy do informacji turystycznej, tam mają dużo map –wzięła go za ramię i jak gdyby nigdy nic zaczęła go prowadzić wesołym krokiem do celu. Feliks już nawet nie miał siły się pytać, czym owy telefon jest.

Otaczały ich kolorowe kamieniczki. Mimo, iż wydawały mu się jakieś inne, było też coś w nich znajomego. Nagle zobaczył w oddali wysoki barokowy kościół.
-Poznaję ten budynek! –wykrzyczał entuzjastycznie – ulica, której szukam znajduje się zaraz za rogiem. Dalej sobie poradzę, dziękuję! –zaczął się szybko oddalać we wskazanym kierunku, jednak dziewczyna szybko go dogoniła.
-Hej, jesteś pewien, że to tam? Naprawdę nie kojarzę miejsca, o którym mówisz.
-To musisz chyba słabo znać swoje miasto – zaśmiał się i szedł dalej, a blondowłosa zaciekawiona podążyła za nim. Po przejściu kilkudziesięciu metrów Feliks triumfalnie wskazał jedno z odgałęzień.
-No i…? –dziewczyna uniosła brwi nic nie rozumiejąc. Pokazała palcem na znak informujący o zupełnie innej, niż ta której szukali, nazwie. Szmaragdowe oczy chłopaka w jednej chwili rozszerzyły się w zdumieniu.
-A-ale jak to…? Jestem pewien, że to tu –wymamrotał zdumiony. Rozejrzał się zdenerwowany dookoła. Rozważał nawet , czy się po prostu nie spytać, co się z tym miastem stało. Jednak nagle jego uwagę przykuł afisz przyklejony do jednej z lamp na deptaku.
‘Budżet obywatelski 2014. Złóż swój projekt!’
Poczuł jak mocno coś go zaczyna ściskać w brzuchu. Dziewczyna podbiegła do niego szybko.
-Znów cię boli? Może to coś poważnego? Zadzwonić po karetkę? –mówiła spanikowana, jednak Feliks już jej nie słuchał. Miał przed oczami tylko jeden obraz.
‘2014’



niedziela, 23 lutego 2014

Znamy się? cz.3 -ost.

We dwójkę siedzieli na kanapie w pokoju hotelowym pochylając się badawczo nad zdjęciem. Bez żadnych wątpliwości fotografia przedstawiała właśnie ich. Stali obok siebie robiąc głupie miny, a za nimi było widać kawałek jakiegoś barokowego pałacu i otaczający go las. Feliciano patrzył się z niedowierzaniem na zdjęcie nerwowo przygryzając wargę. Feliks chwilę mu się przyglądał.
-Nie powiedziałeś mi jeszcze wszystkiego, prawda? –spytał wreszcie. Tamten lekko przytaknął.
-Nie wspomniałem ci o tym wcześniej, ponieważ... –zaciął się na chwilę –po prostu nie chciałem roztrząsać przeszłości, myślałem, że to wszystko to tylko jakiś zbieg okoliczności.
-A więc…?
Feliciano wbił wzrok w podłogę.
-No bo… ja też straciłem pamięć 2 lata temu.
Feliks wytrzeszczył oczy ze zdziwienia.
-Ale… jak to możliwe? Przecież... –schował twarz w dłoniach –to się w ogóle kupy nie trzyma! –wymamrotał załamany.
-Pierwsze co pamiętam to pobudka w moim domu. Normalny poranek, wiesz, jak zwykle. Zjadłem śniadanie, włączyłem telewizję  - ciągnął dalej Feliciano –i nagle, ni stąd ni z owąd zauważyłem , że nie mam pojęcia co mam w ogóle zrobić… To było takie dziwne uczucie! Gapiłem się tępo w jakiś program informacyjny mając zupełną pustkę w głowie. Nie wiedziałem nawet  czy to na pewno moje mieszkanie! –powiedział nerwowym głosem –Nagle usłyszałem dzwonek do drzwi. Gdy poszedłem otworzyć moim oczom ukazał się kompletnie nieznany mi człowiek… Zaczął do mnie mówić jak do dobrego przyjaciela, a ja kompletnie nie wiedziałem co mam robić! –Feliks  patrzył się na niego zdębiały. Słowa wyrzucał z prędkością karabinu maszynowego –Udawałem, że nic się nie stało, ale wewnątrz miałem jedno wielkie pytanie: Co tu się dzieje?! Wywnioskowałem, że to mój kolega ze studiów, bo przyszedł po jakieś notatki –mówił dalej rozpaczony –a wiesz co studiowałem?! Matematykę! Czy ja wyglądam na miłośnika nauk ścisłych, amico?! Ja jestem poetą, marzycielem, a nie matematykiem! –Feliciano pociągnął nosem – Z dnia na dzień powoli zacząłem się do tego przyzwyczajać… nawet nie poszedłem do szpitala, bo bałem się, że wezmą mnie za kogoś chorego umysłowo.
Feliks wciąż gapił się na niego z uniesionymi brwiami. Tamten powoli zaczął się uspokajać.
-Przepraszam, mio amico. Musiałem w końcu to z siebie wyrzucić.
-Nie! Właśnie bardzo dobrze, że mi to wszystko powiedziałeś! Teraz wystarczy… tylko wyjaśnić o co tutaj chodzi.
Feliciano uśmiechnął się smutno.
-Nie sądzisz, że to będzie najtrudniejsza część?
-Damy radę! Najpierw musimy ustalić gdzie w ogóle zrobiliśmy to zdjęcie. A to nie powinno być trudne. Masz tu gdzieś skaner?
-Hm, pewnie jest w recepcji, a co?

***
Po kilkunastu minutach wracali już triumfalnie do pokoju ze zdjęciem przeskanowanym na laptop Feliciano.
-No i co zamierzasz z tym teraz zrobić?
Feliks zaśmiał się.
-Mamy XXI wiek, nie takie rzeczy się robiło –w kilka sekund skopiował zdjęcie do wyszukiwarki i już mieli odpowiedź.
-Westberg Palace…? Pierwsze słyszę.
-O, jest i adres… to gdzieś na zachód od Londynu –potarł brodę Feliks –Czy ty nie mówiłeś przypadkiem, że dziś wieczorem lecisz do Anglii?
-Tak, no przecież! –Feliciano uśmiechnął się –nie chciałbyś się zabrać ze mną?
-Chyba nie mam innego wyboru, co nie? –zaśmiał się.

***
Na szczęście Feliks miał wystarczająco oszczędności, by zakupić bilet lotniczy. Udało mu się także zarezerwować jakieś wolne miejsce w samolocie. Resztę dnia spędzili na odliczaniu godzin do wylotu. Oboje z nich rozsadzała energia. Mimo, iż nie wiedzieli czego się spodziewać po przylocie, to wciąż nie tracili wiary w to, że uda im się to wszystko wyjaśnić.
-Wiesz, że nigdy nie leciałem jeszcze samolotem? –wtrącił Feliks, gdy jechali właśnie na lotnisko –mam jakąś fobię. Po co ja się tyle programów katastroficznych naoglądałem –wymamrotał żałośnie.
-Nie zapomnij, że skoro byliśmy w Anglii, to musiałeś nim lecieć. No chyba, że jechałeś tunelem, w co wątpię –odpowiedział Feliciano.
-No ale to jakby nie byłem ja… w każdym razie nie pomagasz. Wychodzi, że kiedyś byłem odważniejszy niż teraz –burknął.
-A może ‘były’ ty miał ważniejsze rzeczy na głowie, niż obawa przed lataniem samolotami?
-Hm? –mruknął zaciekawiony –co masz na myśli?
-No nie wiem, na przykład byłeś jakimś biznesmenem, który co tydzień gdzieś musiał latać? Kto wie, kto wie... –zamyślił się rozbawiony.
-Yhym, a mi kaktus na głowie urośnie.
-A tak ogólnie rzecz biorąc to jestem szalenie ciekawy, jak to wszystko było naprawdę –powiedział Feliciano –no bo jak można wytłumaczyć to, że straciliśmy pamięć mniej więcej w tym samym czasie i dodatkowo się jeszcze ‘znamy’? Nic z tego nie rozumiem.
-I to, że spotkaliśmy się w Polsce. Warszawa to wcale nie jest takie małe miasto.

Na szczęście wbrew obawom nie byli uczestnikami żądnej katastrofy lotniczej, jednakże podczas lotu zaliczyli pewne turbulencje, co bardzo nie spodobało się żołądkowi Feliksa. Dodatkowo musiał on siedzieć obok rodziny z małym, bardzo wrzeszczącym dzieckiem.  Tak więc gdy tylko wyszli z samolotu Feliciano musiał go powstrzymywać, by nie zaczął obejmować płyty lotniska.

Były już późne godziny wieczorne, gdy dotarli do hotelu, więc obaj padli wyczerpani na łóżka i momentalnie zasnęli.

***
Feliks leniwie przetarł oczy. Nie miał pojęcia, gdzie się znajduje. Dopiero, gdy zobaczył Feliciano siedzącego z laptopem na kolanach na łóżku obok, przypomniał sobie wydarzenia dnia poprzedniego.
-Która godzina? –wymamrotał zaspany.
-O, dzieńdoberek, dochodzi jedenasta –odpowiedział nie spuszczając oczu znad ekranu. Feliks wyskoczył z łóżka jak oparzony.
-Co?! Tak późno?! Czemu mnie nie obudziłeś?
-Nie miałem sumienia, tak słodko spałeś –Feliciano uśmiechnął się od ucha do ucha –poza tym w międzyczasie poszperałem w Internecie trochę o tym pałacu, choć za dużo o nim nie było. Jest to mało znany barokowy pałacyk należący kiedyś do jakiegoś szlachcica, potem przez długie lata stał opuszczony, ale teraz przeszedł w ręce jakiegoś prywatnego właściciela. Nawet zwiedzać go nie można. Wychodzi na to, że nie jest to jakaś wielka atrakcja turystyczna.  Jestem ciekawy co my tam w ogóle robiliśmy.
-Skoro już tu z tobą przyleciałem, to warto tam pojechać i trochę powęszyć, nie sądzisz?  Może gdy będziemy na miejscu to coś sobie przypomnimy?
-Zawsze można spróbować –odpowiedział, ale w głosach ich obu było słychać nutkę powątpiewania w powodzenie akcji.
Po spakowaniu paru najpotrzebniejszych rzeczy do plecaków wyruszyli na peron kolejowy. Do okolicy, w którym znajdował się pałac jechali niecałą godzinę. Zanim jednak znaleźli kogokolwiek, kto wiedział jak dotrzeć do Westberg Palace minęło drugie tyle. Wreszcie jakaś starsza kobieta wskazała im drogę, jednak mówiła ona z tak niewyraźnym, mocno brytyjskim akcentem, że ledwo ją zrozumieli.
Po długim kluczeniu między różnymi leśnymi dróżkami, wreszcie w oddali zobaczyli, to czego szukali.

Budynek był identyczny jak na zdjęciu. Gdy postanowili podejść bliżej, zauważyli postać leżącą na ławeczce i czytającą książkę.
-Myślisz, że to jakiś ochroniarz? –szepnął Feliks.
-Możliwe, może coś się od niego dowiemy? Nie wygląda groźnie.
Powoli podeszli do niego, jednak zanim zdążyli o cokolwiek się spytać, tamten nie spuszczając wzroku znad książki powiedział zdawkowo:
-Hmm, nie musisz się zakradać Lovino. I tak wiem, że to ty, masz bardzo unikatowy styl chodu, wiesz?
To zbiło ich z tropu. Stali tak nad ławką zdezorientowani.
-Em… przepraszamy, że przeszkadzamy, ale my tylko... –Feliks nie zdążył dokończyć gdy nagle ochroniarz gwałtownym ruchem zamknął książkę i spojrzał się na nich wielkimi oczyma z lekko rozdziawioną buzią. Popatrzyli się na siebie nic nie rozumiejać.
-To my już może pójdziemy…
Jednak mężczyzna wstał z ławki jak oparzony.
-Polska??!! –wykrzyczał.
Tym razem to Feliks zdębiał. Odchrząknął jednak.
-Emm, tak… jestem z Polski, aż tak czuć akcent? – powiedział nerwowo się uśmiechając. Jedyne co chciał to stąd już pójść.
-Nie, nie! Feliks! Feliciano! –zaczął nimi potrząsać, jakby chciał sprawdzić, czy są prawdziwi. –To naprawdę wy?!
Obaj stali nie wiedząc co odpowiedzieć.
-Skąd znasz nasze imiona? –wreszcie otrząsnął się Feliciano.
-To ja! Artur! Jak wy w ogóle… Czemu... –złapał się za głowę skołowany.
-Kim ty do cholery jesteś?! –wykrzyknął Feliks
-Wy… wy nic nie pamiętacie? –wymamrotał.

***
Zaprowadził ich do drzwi wejściowych i otworzył je kluczem.  A raczej nieudolnie próbował, ponieważ trzęsły mu się ręce z podekscytowania. Ta sztuka udała mu się dopiero za którymś razem z kolei. Szli długim, bogato zdobionym holem.
-To było dwa lata temu –zaczął, a po Feliksie i Feliciano przebiegła gęsia skórka –znikliście tak po prostu, jak gdyby nigdy nic. Żadnej wiadomości, niczego. Na początku myśleliśmy, że pojechaliście zrobić sobie przerwę od tego wszystkiego –ciągnął, a goście zastanawiali się kim są „my” i od czego chcieli zrobić sobie przerwę –po kilku miesiącach straciliśmy już nadzieję, takie coś nigdy się nie zdarzyło –co się z wami w ogóle stało? –obrócił się do nich przodem czekając na wyjaśnienia. Feliks chciał spytać się o to samo, jednak odpowiedział:
-My też nie mamy pojęcia, co się tu dzieje… poznaliśmy się przypadkiem w Warszawie i jakoś tak doszło do tego, że zorientowaliśmy się, że obaj straciliśmy pamięć właśnie mniej więcej w tym samym czasie, kiedy niby stąd znikliśmy. Długo by mówić, ale naszego poszukiwania zaprowadziły nas do tego pałacu. Nic więcej nie wiemy, naprawdę –rozłożył ręce w bezradnym geście.
-Poznaliście…? Ale przecież... –blondyn  zmarszczył swoje krzaczaste brwi i potarł brodę w geście zamyślenia. Wreszcie podszedł do Feliksa i walnął go w pięścią w brzuch, na co tamten zwinął się w bólu.
-Ejj! Za co?! –burknął.
-Naprawdę cię to boli? –spytał się zdziwiony.
-No a jak ma nie boleć imbecylu!
-Wy na serio nie żartujecie…
-No jak widać –powiedział zdenerwowany –możesz nam wreszcie wyjaśnić o co tu chodzi?!
-Jeśli to co mówicie to prawda, to będzie trochę trudno –międzyczasie weszli do ogromnej sali, w której był długi, owalny stół z mnóstwem miejsc –choć w sumie, to może być zabawne –uśmiechnął się tajemniczo wskakując na jedno z krzeseł –a więc witajcie w sali światowych konferencji!
Feliciano i Feliks patrzeli się na niego nic nie rozumiejąc.
-Każde państwo ma jakiegoś przywódcę, no nie? –ciągnął – to oni podejmują najważniejsze decyzje od setek, tysięcy lat. Zawierają sojusze, prowadzą wojny, rozbudowują swoje kraje, a czasem prowadzą je do upadku. Niektórzy poświęcają cały swój czas na to, by byli światowymi potęgami, a czasem krótko mówiąc mają wszystko gdzieś. Władcy jednak przemijają –pufnał –na szczęście. Jest jeszcze coś, o czym nikt nie wie. Gdy tworzy się nowy kraj lub nawet naród, który czuje się odrębny od innych, wtedy powstaje personifikacja. Trudno to nazwać człowiekiem. To jest istota, która czuwa nad swoim państwem. Jest ona nieśmiertelna, żaden zwykły człowiek nie może jej zobaczyć. Po co więc istnieją? To one obrazują stan państwa, mogą też ze sobą rozmawiać, komunikować. Tak naprawdę to one podejmują najważniejsze decyzje w kraju. Potrafią nieświadomie wpłynąć na swojego władcę, tak  by myślał, że to jego własna decyzja. W końcu dopiero w XX wieku postanowiły one zacząć się integrować, dążyć do pokoju na całym świecie. Zaczęli się regularnie spotykać. Właśnie tu, w sali konferencyjnej –przestał wreszcie mówić i spojrzał się na swoich gości –nie wierzycie ani trochę, no nie? –tamci pokręcili głowami i patrzyli się na niego jak na kogoś niespełna rozumu. Mężczyzna zaśmiał się gorzko –No to na dokładkę wam powiem, że stoicie właśnie przed Arturem Kirklandem, personifikacją Wielkiej Brytanii, a wy jesteście personifikacjami Polski i Włoch –na te słowa Feliciano zemdlał.

***
Były już późny wieczór. Feliks kucał nad osłabionym Feliciano opierającym się o ścianę.
Artur siedział zamyślony na krześle obok.
-Tak w sumie to niby czemu mamy ci wierzyć? –powiedział Feliks z wyrzutem.
-A macie jakiś inny wybór? –uśmiechnął się, jednak zaraz potem spoważniał –najbardziej  dziwi mnie jednak to, że teraz w jakimś stopniu staliście się normalnymi ludźmi. Personifikacje nie czują fizycznego bólu, nie mogą też rozmawiać z ludźmi. A wy możecie. Jednak widzicie także mnie, co oznacza, że macie jeszcze jakąś cząstkę prawdziwych siebie. Coś musiało się stać te dwa lata temu, co wymazało wam pamięć i zrobiło z was pół-ludzi .
Feliks nie wiedział co odpowiedzieć. Chwilę tak milczeli, dopiero Feliciano przerwał ciszę.
-Ja ci wierzę. Od zawsze czułem dziwną więź z moim krajem i jeszcze do tego teraz to wszystko… a tak poza tym, to kim jest Lovino?
-A.. to twój tak jakby brat, macie podobny chód, dlatego myślałem wtedy, że to on.
-Mam brata? Super!
-Nie ciesz się tak. Strasznie wścibski z niego koleś –prychnął –a właśnie, bo w sumie mnie normalnie tu jeszcze nie powinno być, ale przyszedłem, żeby sprawdzić, czy wszystko gotowe i myślałem, że po prostu on przyszedł wcześniej.
-Gotowe na co?
-Jutro rozpoczyna się kolejna światowa konferencja.
-Na serio? I co zamierzasz… no wiesz z tym wszystkim zrobić?
Artur wstał z miejsca i zasunął elegancko krzesło.
-Jak to co? Trzeba to będzie jakoś wszystko wyjaśnić. A teraz radziłby wam iść już spać, bo z samego rana zaczną się wszyscy zjeżdżać. Na górze są wolne pokoje.


***
Feliksa obudził ostry ból w klatce piersiowej, jakby ktoś czymś go przygniótł. Natychmiast otworzył oczy. Zobaczył siedzącą na nim dziewczynę w długich, jasno-brązowych włosach.
-Feliks!!! To naprawdę ty?! Nie sądziłam, że cię jeszcze kiedykolwiek zobaczę! –wykrzyczała i objęła go mocnym uściskiem, na co Feliks zrobił się czerwony. Nie wiadomo jednak czy z zawstydzenia, czy z braku powietrza.
W tym samym momencie do pokoju wparował Artur.
-Przepraszam, nie mogłem jej powstrzymać –powiedział zdyszany. Zaraz za nim w progu pojawiło się kilka nowych postaci o zaciekawionym spojrzeniu.  Dziewczyna wreszcie wyswobodziła go z jej żelaznego uścisku i pozwoliła mu usiąść. Tamten patrzył się na nią nie wiedząc jak zareagować.
-Naprawdę nic nie pamiętasz? –spytała. Pokręcił smutno głową.
-Hej! Może lepiej jakbyśmy przeszli do sali konferencyjnej to obgadać? – międzyczasie powiedział do wszystkich zgromadzonych przed drzwiami Artur.
Feliks i Feliciano zostali odprowadzeni  przez kilkunastu ludzi patrzących na nich z niedowierzaniem, jednak dopiero gdy weszli na salę zobaczyli około ponad stu ludzi siedzących przy ogromnym stole. Przy każdym z nich była mała flaga i tabliczka z nazwą państwa. Artur zaprowadził ich do miejsc przy których stały flagi Polski i Włoch.
-Czuję się trochę niezręcznie –szepnął brunet.
-No co ty? –odpowiedział Feliks.
-Dobrze, proszę wszystkich o spokój –powiedział donośnym głosem jeden z zebranych –wiem, że to nadzwyczajna sytuacja, jednak trzeba zachować racjonalność. Dowiedziałem się jeszcze wczoraj późnym wieczorem szczegółowo od Anglii jaka jest sytuacja. Otóż pamięć naszych dzisiejszych gości została całkowicie wymazana i nie pamiętają nic ze swojej personifikacyjnej przeszłości.  To dlatego właśnie dzwoniłem do was po nocach, byście na dzisiejszą konferencję przynieśli cokolwiek, co kojarzy wam się z Polską i Włochami. Wcześniej nie chciałem wam wyjawiać całej prawdy, bo byłoby spore zamieszanie. Może dzięki temu coś sobie przypomną... –zakończył.
Do Feliciano i Feliksa utworzyła się dość duża kolejka osób. Wzięli ze sobą wiele najróżniejszych rzeczy. Nadzwyczajnie dużo osób przyniosło paluszki i pastę.
Nie odniosły one jednak zamierzonego skutku, tak jak wiele innych rzeczy, bowiem nic sobie nie przypomnieli. Wreszcie do Feliksa podeszła ta sama szatynka, która obudziła go dziś rano. Wzięła ze sobą małą ceramiczną szkatułkę.
-Kiedyś mi to dałeś… pamiętasz? –spytała smutno i wręczyła mu ją do ręki. Chłopak zmarszczył brwi. Uśmiechnął się jednak gdy zobaczył, że szkatułka ma ruchomą wystającą część.
-Zawsze zastanawiałem się, jak ludzie robią te wichajsterki w takich małych ozdóbkach –zaśmiał się, ale nagle otworzył szerzej oczy i  zamilkł. Cała sala patrzyła na niego w napięciu.
-Suwak... –wyszeptał i złapał Feliciano za ramiona –Suwak!! Feliciano! Pamiętam! To porcelanowe coś! –wykrzyczał rozentuzjazmowany. Brunet spojrzał się na niego skołowany.
-Przypomniałeś sobie coś? –spytał jeden z zebranych.
-Tak! Byłem z Feliciano w jakiejś piwnicy… wiem, że chciał mi chyba coś pokazać i wyjął coś podobnego do tego... –zamyślił się –ehh i to chyba wszystko.
-To i tak dużo! Skoro chciał ci coś pokazać, to musiało to się dziać w jego domu. Trzeba tam pojechać.

***
Jako, iż była to sprawa bardzo priorytetowa, na miejscu byli już następnego dnia. Pojechało z nimi jeszcze kilka innych personifikacji.
-To jest mój dom? –spytał zauroczony wielkim dworkiem Feliciano –a ja się gnieździłem tyle czasu w moim małym mieszkanku…
Bez problemu udało im się wejść do środka. Od razu skierowali się w stronę piwnicy.
-Polsko, uważnie się rozglądaj i szukaj jakichkolwiek porcelanowych rzeczy –poinstruowała go postać podająca się za personifikację Stanów Zjednoczonych.
-Dziwnie się czuję, gdy ktoś tak się do mnie zwraca... –mruknął.
Zeszli schodami do piwnicy. Od razu rzucił im się w oczy duży owalny przedmiot stojący na półce.
-Tak! Miałem rację! To to! –wykrzyczał rozradowany Feliks. Chciał go podnieść, jednak obok zauważył małą karteczkę –Hmm? To coś jest napisane… „Dzięki temu możesz mieć wszystkie dziewczyny, jakie tylko zechcesz. Mam nadzieję, że kiedyś to znajdziesz i będziesz używać z rozwagą wnuczku, tak jak ja to robiłem. Twój dziadek.” –wpatrywał się ze zdziwieniem w zakurzony świstek nic nie rozumiejąc. Nastała chwila ciszy.
Nagle Artur pacnął się w czoło, aż poszło echo.
-Czyli to wszystko przez tego starego piernika!? –niemal wykrzyczał kipiąc ze złości.
-Hm? Co masz na myśli? –spytał Ameryka.
-Nie rozumiecie? –spytał –Ten staruch Rzym stworzył urządzenie do stawania się człowiekiem i na dodatek korzystał z niego tylko po to wyrywać sobie ludzkie panienki! Balował sobie jako zwykły człowiek, a potem przesuwał to wystające coś i na powrót stawał się państwem! Zawsze wiedziałem, że on jest jakiś nienormalny. Dwa lata temu musieliście tego użyć.
-Ale czemu straciliśmy pamięć? –spytał Feliks. Prawie nic z tego nie rozumiał.
-Nie wiem… może to dlatego, że pociągnęliście za suwak jednocześnie? Może było jakieś zwarcie czy czy coś… kto tam wie, ile to ustrojstwo ma lat…
-Czyli jak przesuniemy to z powrotem to znów staniemy się personifikacjami? –zapytał ostrożnie Feliciano.
-Na to wygląda…
-To jak? Na trzy cztery?
-Co nam szkodzi spróbować? To może być nasza jedyna szansa.
Jednocześnie pociągnęli za suwak.


~~~
Yay! Skończyłam :3 Jak się podobało?

piątek, 7 lutego 2014

Znamy się? cz.2

Gdy zjedli już porządny posiłek, mimo nadchodzącego wieczoru wciąż siedzieli rozłożeni na krzesłach.
-Wiesz co? –powiedział Feliks opierając głowę na ramionach –gdyby mi ktoś rano powiedział, że będę tu tak teraz siedział i gadał z jakimś obcokrajowcem, to bym nie uwierzył –zaśmiał się.
-A myślisz, że ja bym uwierzył?  -odpowiedział również rozbawiony Feliciano.
Nagle Feliks zaczął chichotać. Włoch spojrzał się na niego dziwnie, a tamten wskazał na jego włosy. Okazało się bowiem, że z jego starannie ułożonej fryzury odskoczył właśnie zakręcony kosmyk.
-No nie… - wyjąkał rozpaczliwie próbując ułożyć go z powrotem na prawidłowe miejsce – odkąd pamiętam mam z tym czymś problem, próbowałem już chyba wszystkiego… -westchnął. Feliks jednak przestał się już śmiać i ściągnął brwi czymś głęboko zamyślony.
-Hm...? Coś się stało? –spytał Feliciano. To wyrwało go z zamyślenia i odpowiedział szybko:
-Nie, wszystko w porządku...
Do końca wieczoru został już jednak lekko przygnębiony.

Dochodziła już godzina dwudziesta druga, gdy postanowili się pożegnać.
-Jutro wieczorem mam samolot do Londynu, więc może spotkamy się jeszcze gdzieś po południu? –spytał Feliciano wstając od stolika. Feliks natomiast stał bijąc się z myślami. Nastała chwila niezręcznej ciszy.
-Em… to twój pierwszy raz w Polsce? –spytał w końcu zamiast odpowiedzieć.
-Hm..? –Włoch był nieco zaskoczony tym pytaniem –Emm… raczej tak –odchrząknął –znaczy na pewno tak. Nie byłem tu jeszcze. A co?
Feliks przygryzł wargę i uśmiechnął się niemrawo.
-Nie sądziłem, że kiedyś jeszcze komuś o tym powiem –mruknął  niby pod nosem, ale wystarczająco głośno, by Feliciano go usłyszał – a więc… wiem, że znamy się dopiero jeden dzień, ale mam nieodparte wrażenie, że się kiedyś już spotkaliśmy, a nawet znaliśmy bardzo dobrze… Nigdy jeszcze takiego czegoś nie doświadczyłem i dziwnie mi o tym mówić… Gdy zobaczyłem ten kosmyk byłem już niemal pewien.
Włoch spojrzał na niego skonsternowany. Feliks zaczął kręcić butem kółka na chodniku.
-Wiesz, nie przejmowałbym się tym tak, gdyby nie jedna istotna rzecz –mówił dalej –niecałe 2 lata temu straciłem pamięć. Lekarze mówili, że to przejściowa amnezja, że wszystko sobie przypomnę, jednak każda  twarz od tamtej pory wydawała mi się obca. A twoja jest pierwsza, z którą jest inaczej. –westchnął. Feliciano spojrzał na niego zdębiały, jednak po chwili oprzytomniał.
-Bardzo mi przykro, jednak nie przypominam sobie, żebyśmy kiedykolwiek się spotkali –powiedział. Chwilę stali tak w ciszy. Feliks uśmiechnął się jednak.
-Przepraszam, nie powinienem tak wyjeżdżać z takim czymś, to było głupie –zaśmiał się –po prostu ciekawość była zbyt duża.

Już w nieco lepszych nastrojach pożegnali się i obiecali, że na pewno się jeszcze jutro spotkają.
Jednak gdy Feliciano zniknął za drzwiami hotelu, na twarzy Feliksa znów zagościł smutek.
Stał tak jeszcze chwilę z pustym wzrokiem i włosami powiewanymi przez wiatr.

***
Feliks nie spał dobrze tej nocy. Godzinami przewracał się z boku na bok nie mogąc przestać rozmyślać o dziwnym nieznajomym, powoli nastawał ranek. Bił się z myślami wciąż mając przed sobą obraz tego turysty. ‘Czy to możliwe, żebym go znał?’ Westchnął. To mogła być jedyna osoba, która mogłaby mu powiedzieć cokolwiek o jego przeszłości.

To wszystko wydarzyło się jakieś dwa lata temu. Pierwsze co pamięta, to przebudzenie w szpitalu. Lekarze oznajmili mu, że pewna kobieta znalazła go nieprzytomnego koło jednego przystanku na ulicach Warszawy. W jego organizmie odnaleźli jakieś dziwne substancje, które prawdopodobnie odurzyły go na jakiś czas. Jednak to, co przeraziło go najbardziej to fakt, że nic nie pamięta. I wcale nie chodziło tylko o poprzedni wieczór. Nie pamiętał niczego. Nie wiedział gdzie mieszka, kim jest. Nic z jego przeszłości. Wiedział jedynie jak się nazywa. Policja i różne organizacje robiły co mogły, by znaleźć jakiegoś członka jego rodziny, kogoś ze znajomych. Niestety, wszystkie wysiłki spełzły na niczym. Jedyne co miał to torba z kilkoma podręcznymi rzeczami i małym albumem. Nie miał pojęcia, dlaczego miał go przy sobie. No bo kto bierze takie rzeczy, gdy wychodzi na miasto? Miał w nim kilkanaście zdjęć z zupełnie nieznanymi mu ludźmi. Ich tożsamości również nie udało się ustalić.

Tak więc zaczął swoje życie kompletnie od nowa, z olbrzymią dozą nieśmiałości do obcych ludzi, każdego kogo spotkał. To dlatego ten turysta wydał mu się dziwny. Był on pierwszą osobą, dla którego zachowywał się, jakby byli dobrymi przyjaciółmi.  Miał wrażenie, że znają się od dawna. I ten jego niesforny kosmyk.

Nagle Feliks wstał z łóżka jak oparzony.
-Kosmyk! –wykrzyknął podbiegając do jednej z szuflad i wywalając z niej pośpiesznie rzeczy. Gdy nie znalazł tego, czego szukał otworzył kolejne i zrobił z nimi to samo. Wreszcie po przeszukaniu sporej części swojego mieszkania miał w swoich dłoniach to, o co mu chodziło.

Album.

To dlatego tak zareagował, gdy zobaczył odskakujący kosmyk Feliciano. Wiedział, że widział już coś takiego, i że to nie mógł być przypadek. Nerwowo przeglądał stronice albumu w poszukiwaniach. Na jednym ze zdjęć zobaczył siebie śpiącego na jakiejś kanapie, przebranego w różową sukienkę i z pełnym, profesjonalnie zrobionym makijażem. W kadrze załapała się również jakaś szatynka trzymająca zestaw kosmetyczny i zakrywająca usta ze śmiechu. Na kolejnym zobaczył małego chłopca, który skakał, by dosięgnąć zabawki trzymanej przez mężczyznę o miodowych włosach i okularach na nosie, który najwyraźniej miał z tego ubaw.

Po przekartkowaniu jeszcze paru stron zatrzymał się nagle na jednej z nich. Chwilę gapił się osłupiały w jedno ze zdjęć przedstawiające jego i Feliciano.

***
Mimo wczesnych godzin porannych Feliks pedałował przez miasto ile sił w nogach. Warszawa dopiero budziła się do życia, a słońce było nisko nad horyzontem.
Chciał jednak jak najszybciej wyjaśnić to wszystko. Miał kompletny mętlik w głowie, nic do siebie nie pasowało, jednak czuł, że to może być przełom, dzięki któremu dowie się coś o swojej przeszłości. Dotknął dłonią kieszeni. Znajdowała się tam aktualnie najcenniejsza rzecz, jaką posiadał.

 Zdyszany zsiadł z roweru koło budynku i niemal wbiegł do hotelu, do którego można było na szczęście swobodnie wejść. Nagle zorientował się, że nie wymienili się żadnymi kontaktami z Feliciano i nie ma pojęcia gdzie go szukać. A hotel był dość duży. 5 pięter.

Podszedł do recepcji, przy której stała jeszcze nie do końca przebudzona, aczkolwiek uśmiechnięta pani.
-Dzień dobry. Czy mogłabym panu jakoś pomóc? –powiedziała z pełnym profesjonalizmem.
-Właściwie to tak. Mój dobry przyjaciel z Włoch przyjechał wczoraj do Warszawy i obiecałem mu, że go odwiedzę, ale zapomniałem numeru jego pokoju, a jego telefon tutaj nie działa… -powiedział Feliks starając się przybrać najbardziej wiarygodną pozę na jaką było go stać. Po części mówił przecież prawdę.
-Niestety, nie możemy udzielać żadnych informacji o naszych gościach. Bardzo mi przykro. –odpowiedziała recepcjonistka robiąc zmartwioną minę.
-A nie można by było zrobić wyjątku? Mój przyjaciel mnie wyczekuje, jestem pewien, że to potwierdzi.
-Naprawdę nie mogę, wyrzucą mnie za to z pracy.
-Nikt się o tym nie dowie. Obiecuję! –Feliks zrobił oczy zabłąkanego kotka. Kobieta była jednak nieugięta.
-Bardzo mi przykro, ale nie mogę panu pomóc. –odwróciła się, by zapisać coś w notatniku, dając mu do zrozumienia, że nic u niej nie wskóra. 
Feliks odszedł kawałek pod drzwi wejściowe. Oczywiście nie miał zamiaru się poddawać. Gdy tylko recepcjonistka wyszła na zaplecze, jednym susem przeskoczył ladę i przejechał palcem po liście gości.
-Jednak brak komputeryzacji ma też swoje dobre strony... –mruknął. Feliciano Vargas. Bingo. Pokój numer 32. 
Wbiegł szybko na piętro i po paru minutach stał przed odpowiednimi drzwiami. Dość energicznie w nie zastukał. Po chwili było już słychać szczęknięcie klucza. Przed Feliksem stanął zaspany Feliciano z kubkiem kawy w ręku. Gdy zobaczył swojego gościa bardzo się zdziwił.
-Hej, amico, nie przesadzasz z tymi odwiedzinami? Jest dopiero ósma rano. –powiedział ziewając.

-Wiem, przepraszam, ale to nie może czekać. –powiedział, na co gospodarz spojrzał się na niego pytająco. Feliks wyjął delikatnie zdjęcie z kieszeni i podał mu je.
 –Znalazłem to dziś rano w moim albumie. Wiesz może coś więcej na ten temat?