sobota, 4 października 2014

We are all stained with blood - cz.2

Niestety, chyba nie będę wstanie wstawiać notek częściej niż raz w miesiącu, bo mam ograniczoną ilość czasu :< (a dodatkowo w tym opowiadaniu muszę mieć łeb na karku, żeby miało ono jakąkolwiek logikę :p). Samo napisanie notki nie zajmuje mi tak długo, jednak po prostu jakaś dogodna chwila, żeby w spokoju otworzyć Worda i wziąć się za to rzadko się zdarza :/


Głuchy odgłos kroków roznosił się donośnie po pustym wnętrzu przestrzennego korytarza. W ciszy, która dotąd tu panowała był niczym rytmiczne uderzanie młotkiem. Chciał jak najszybciej przejść ten odcinek, jednak gdy tylko przyspieszał, miał wrażenie, że jego buty wydawały coraz głośniejsze dźwięki. Przeklął pod nosem i zwolnił kroku. W dłoni trzymał małą karteczkę z numerem mieszkania. Przebiegał wzrokiem po kolejnych drzwiach, jednak tylko na niektórych znajdowały się jakiekolwiek liczby. Zadanie utrudniał dodatkowo fakt, że w co drugim żyrandolu były powykręcane żarówki, które i tak dawały słabe światło. Widocznie właściciel uznał, że jest zbyt dobroduszny. Po chwili jednak jego oczy się przyzwyczaiły do częściowego mroku i kilkanaście sekund później stał już przed właściwymi drzwiami. Wyprostował się i poprawił swój granatowy płaszcz.
 Zastanawiał się, kiedy ostatni raz się spotkali, jednak po chwili przestał o tym rozmyślać, gdy doszedł do wniosku, że lepiej jak najszybciej o tych wydarzeniach zapomnieć. Wziął głęboki wdech i delikatnie zapukał kilka razy. Po chwili dało się usłyszeć chrzęst kilku zamków i drzwi uchyliły się na kilkanaście centymetrów. Wpatrywała się w niego para dużych, świdrujących oczu. Jednak sekundę później spojrzenie złagodniało, zostawiając tylko niewielką nutę niepokoju.
-E...Witaj –nie wiedział jak się zachować, więc jedynie lekko skinął głową na powitanie.
Gospodyni domu stała chwilę w milczeniu.
-Niemal zapomniałam jak te twoje rubinowe oczy świecą w ciemności –uśmiechnęła się lekko.
-A mi za to zawsze pozostaną w głowie te twoje ślepia –zripostował odsłaniając śnieżnobiałe uzębienie.
 Oboje krótko się zaśmiali, jednak wiedzieli, że próba rozluźnienia sytuacji na niewiele się zda.
-Wejdź, proszę –długowłosa szatynka otworzyła mu szerzej drzwi, a potem zamknęła je za nim na kilka spustów. Gość rozejrzał się po mieszkaniu. Było niewielkie, jednak dość przytulne, choć dużo szafek było pustych i większość rzeczy leżała na wierzchu w nieładzie.
-Przepraszam za ten bałagan… niedawno się dopiero przeniosłam i nie mam głowy, żeby to uporządkować. Nie wiem nawet czy za parę dni znów nie będę musiała się stąd wynosić gdzie indziej –westchnęła bezsilnie.
-Myślisz, że to coś da? –zapytał wprost –jak będą chcieli to znajdą cię nawet na końcu świata.
-Wiem, wiem, wiem! –powiedziała załamanym głosem ze wzrokiem wbitym w ziemię –ale, powiedz mi, co ja mam robić? Nic innego mi nie pozostało.
Nie odpowiedział. Stali tak naprzeciw siebie nie wymieniając między sobą ani słowa.
-Nie przyszedłeś tu tak sobie w odwiedziny, prawda? –wyszeptała w końcu cienkim głosem.
-Masz rację –spojrzał się na nią zakładając za ucho kosmyk włosów, który opadł mu na twarz –przyszedłem, bo uznałem, że powinnaś wiedzieć.
-A więc?
Przez chwilę patrzył się na nią smutno, poczym powiedział:
-Wczoraj zabrali Polskę.
Dziewczyna zacisnęła pięści, aż zbielały jej kłykcie. Na jej twarzy nie było widać rozpaczy, jedynie złość, ogromną złość z nutą bezsilności. Wzięła głęboki oddech, by uspokoić emocje i usiadła na skórzanym fotelu stojącym w rogu pokoju.
-Przecież wiedzieliśmy, że w końcu to się stanie. To była tylko kwestia czasu –ukryła twarz w dłoniach –jestem najbardziej zła na siebie, że byłam tak naiwna, iż myślałam, że to wszystko się już skończyło.
Chłopak usiadł obok niej i delikatnie ujął jej dłoń.
-Wcale nie byłaś naiwna. Czuję, że jest jakiś powód, przez który nie zabierali nikogo przez kilka dni. Musieli się wahać –nachylił się do niej – pamiętaj, zawsze jest nadzieja. Węgry, obiecaj mi, że nigdy jej nie stracisz.
Zaszkliły jej się lekko oczy.
-Wiem i ty też równie dobrze, że któreś z nas będzie następne. Oni mają tam wszystko ustalone, teraz czas na nas –ścisnęła mocniej jego dłoń –Boje się, Rumunio. Okropnie się boje.

***
Otworzył gwałtownie oczy i zobaczył, że czyjaś dłoń zakrywa jego usta. Gdy wróciła mu ostrość widzenia bez problemu rozpoznał tę postać. Uniósł wysoko brwi, po czym ręka naruszająca jego przestrzeń osobistą trochę się odsunęła.
-Ludwig, co ty wyprawiasz!? –wykrzyczał zdezorientowany.
-Chyba to ja powinienem się ciebie o to zapytać –powiedział tamten zirytowany.
-Hę? Mógłbyś wyjaśnić?
-Darłeś się przez sen jak opętany. Jakby cię żywcem ze skóry obdzierali –odparł Ludwig.
-Powaga? –Feliks wybałuszył na niego oczy –nic takiego nie pamiętam. –Dopiero teraz zauważył, że wokół niego stoi więcej ludzi. No tak, musiał tym krzykiem pobudzić wszystkich.
-Koleś, każdy z nas czasem miewa koszmary, ale trzeba się umieć opanować –kto to powiedział? Nie mógł sobie przypomnieć imienia tego krzaczasto brwiowego blondasa.
Grupka zaczęła się rozchodzić, zapewne by z powrotem iść spać. Wciąż dookoła zalewała go ciemność. Jakimś dziwnym sposobem w tym miejscu także występował podział na dzień i noc.
 Zupełnie odechciało mu się spać, więc po prostu położył się i zamknął oczy. O czym mógł być ten koszmar? Przecież nie miał żadnych wspomnień. Przewracał się z boku na bok rozmyślając nad tym wszystkim co go do tej pory spotkało. Był już w tym miejscu jakieś trzy tygodnie i praktycznie pogodził się z tym, że został tu uwięziony. Uwięziony. Powtarzał to słowo jak mantrę. A co jeśli był niebezpiecznym przestępcą? Dreszcz przebiegł mu po plecach. Czy to w ogóle było możliwe? Skąd miał wiedzieć kim był w poprzednim życiu? Może był psychopatą i dlatego wymazano mu pamięć i pozwolono dokończyć mu tu swojego żywota? Feliks potrząsnął gwałtownie głową przed samym sobą. Nie, nigdy nie przyjmie czegoś takiego do świadomości. Bił się z myślami. Po chwili znów zamknął oczy i mimo wszystko i tak zasnął.

***
Tym razem obudziło go jakieś zamieszanie. Słońce było już wysoko na niebie, więc domyślił się, że znów przespał pół dnia. Powolnym ruchem wstał i otrzepał się z trawy, która służyła mu za posłanie. Wszyscy jego towarzysze niedoli stali w oddali pochylając się nad czymś, głośno to komentując. Podszedł do nich, jednak wciąż nie mógł niczego zobaczyć.
-Ej, co jest? –powiedział zirytowany. Nikt mu nie odpowiedział, więc zaczął przeciskać się łokciami do przodu. Aż w końcu ją ujrzał.
 Drobne, wychudzone ciało ubrane w białą suknię. Leżało na trawie niedaleko windy, z której i on przybył. Długie, miodowe, kręcone włosy spięte w luźny koński ogon okalały bladą twarz z zapadniętymi policzkami. Nieprzytomna postać wyglądała bardzo mizernie. Kościste kończyny ułożone równolegle do ciała nadawały jej niemal wygląd nieboszczyka. Grupa stała nad nią, nie wiedząc co zrobić. Jeszcze nigdy nikt nie dostał się u w takim stanie.
-Wyjęliście ją z windy? –spytał ktoś.
-Nie, Kiku pierwszy ją zobaczył jak leżała w tym miejscu.
-Dziwne, nie?
-No co ty nie powiesz.
Ich bezsensowna konwersacja trwałaby dalej, gdyby nie to, że leżąca kobieta nagle otworzyła oczy, co spowodowało niemal natychmiastowe odsunięcie się wszystkich.
Wpatrywała się w nich wielkimi źrenicami i ciemnoniebieskimi tęczówkami, spoglądając na każdego z osobna. Podparła się na ramionach i mozolnie zmieniła pozycję na siedzącą.
 Po chwili, która wydawała się wiecznością, jej kąciki ust lekko drgnęły, co razem z uniesionymi brwiami dało efekt niedowierzającego uśmiechu.
-Udało się –dźwięk, który wydobył się z jej spierzchniętych ust był tak cichy, że grupa musiała się przybliżyć, by ją usłyszeć –tak się cieszę, że znów mogę was zobaczyć... –złapała się za głowę i znów by upadła, gdyby nie to, że Alfred szybko obok niej kucnął i podtrzymał jej ramię.
-Kim jesteś? –spytał zdezorientowany. Spojrzała w dół przygryzając wargę, aż w końcu cichutko westchnęła.
-Ja…? Jestem... Agriope –powiedziała obdarzając go promienistym uśmiechem, który po chwili przekształcił się w grymas bólu –Ja... –nie zdążyła dokończyć, bo ponownie straciła przytomność.

***
Leniwym wzrokiem przez kilka minut spoglądał na kartę dań, po czym przyłapał się na tym, że nie pamięta ani jednej pozycji. Odłożył menu na stolik i poprosił kelnerkę jedynie o małą kawę. Spojrzał na zegarek. No tak, powinien być już piętnaście minut temu. Westchnął lekko, poprawił okulary i zaczął czytać gazetę, którą wcisnął mu jakiś małoletni gazeciarz żądając za nią kilku koron. Gdy odmówił zawarcia tej transakcji, dzieciak splunął na niego i uciekł gdzie pieprz rośnie, całkowicie zapominając o odebraniu mu czasopisma.
Przeleciał wzrokiem przez kilka tematów i zrobiło mu się niedobrze, więc po chwili leżała już rzucona na krześle obok.
Pięć minut później wreszcie przyszedł.
-Przepraszam za spóźnienie –powiedział oschłym tonem podchodząc do stolika.
Mężczyzna odłożył na spodeczek już na wpół wypitą kawę i wstał by podać gościowi rękę, tamten jednak spojrzał się jedynie na niego z nieodgadnionym wyrazem twarzy i usiadł na krześle naprzeciwko nie odwzajemniając uścisku.
-Dobrze, że przynajmniej przyszedłeś –mruknął, niezręcznie chowając rękę do kieszeni i ponownie siadając na swoje miejsce.
-Tak w ogóle to po co mnie zaprosiłeś? –spytał uprzednio zamawiając gorącą czekoladę.
-Po prostu pomyślałem, że przydałoby się spotkać i pogadać –wyprostował się i ponownie poprawił okulary, mając nadzieję, że wciąż trzyma fason.
Gość westchnął i przewrócił teatralnie oczami.
-O czym? Wiem, że się wszystkim przejmujesz, ale przystopuj –powiedział chłodno.
Tamten zmarszczył brwi i przystawił mu gazetę przed nos.
-O tym, Norge.
Zmarszczył nos. Nie lubił jak go tak nazywano. Wziął dziennik od niego i przeczytał pierwszy nagłówek.
„Alianci rezygnują z okupacji Niemiec. Wycofywanie wojsk trwa.”
-No i? To nie nasza sprawa –rzucił mu gazetę przed nos –poza tym, moim zdaniem w obecnej sytuacji to dobra decyzja.
-Jak to „dobra decyzja”? Przecież to wszystko może zacząć się od nowa –starał się nie podnosić głosu.
-A nawet jakby, to co? I tak byłeś neutralny, Szwedku –kąciki jego ust uniosły się w złośliwym grymasie –choć w sumie zabawna sytuacja. Ciekawe co z tego wyniknie.
-Zabawna? –wycedził przez zęby –wiesz, że ten okres pokoju wisi na włosku. Miliony istnień straciło życie, drugie tyle ma je jeszcze stracić?
-Posłuchaj, Ludwiga już nie ma. Wiesz, jaki to miało mieć cel. I w tym wypadku akurat im się to udało.
-Ale przecież…
 -Tak, nikt się nie spodziewał, że to wszystko będzie miało aż tak gwałtowne skutki –przerwał mu Norwegia –widocznie zorientowali się, że przesadzili, bo nikogo już nie zabierają, ale są zbyt uparci, by przyznać się do błędu. Jednak mimo wszystko dopięli swego. Nie potrzebna jest już okupacja, bo teraz Europejczycy nie mają żadnego powodu, by wszczynać wojnę –zaczął mieszać łyżeczką gorący napój.
Szwecja zacisnął zęby.
-Ale za jaką cenę! Świat nie jest już taki sam. Masz rację, wojna nie jest teraz problemem, jednak nie wmówisz mi, że wszystko jest w porządku. Nie ma już narodu niemieckiego, francuskiego, włoskiego i innych… ci ludzie nawet nie chcą być tak nazywani, a co dopiero mają czuć jakikolwiek związek z ich państwem. Odebrano im świadomość odrębności od innych, coś co przez tyle stuleci tworzyło światową kulturę, cywilizację i samego człowieka... –zamilkł i wziął ostatni łyk kawy –Teraz już będzie tylko gorzej.

Przez to opowiadanie odkryłam, że polubiłam kolejny pairing, trochę moim zdaniem  niedoceniany :v

czwartek, 28 sierpnia 2014

We are all stained with blood - cz.1

Wiem, że i tak nikt nie czekał, ale po długiej przerwie wracam z nowym fanfickiem! Tym razem będzie coś zupełnie innego :3 Opowiadanie zainspirowane książką Jamesa Dashnera „The Maze Runner”(jak ktoś nie zna – nie polecam czytać o czym to jest, wtedy lepiej się będzie czytać fanfica ^^). Niektóre wydarzenia i miejsce wydarzeń będą podobne. Wszystko przeniesione jednak na hetaliowy grunt |:D Można powiedzieć, że pobawiłam się trochę samą istotą nation-tanów (personifikacji) i ich rolą na świecie (moja chora wyobraźnia jest chora).

Wszystko w rozpadzie, w odśrodkowym wirze;
Czysta anarchia szaleje nad światem,
Wzdyma się fala mętna od krwi, wszędzie wokół
Zatapiając obrzędy dawnej niewinności;
Najlepsi tracą wszelką wiarę, a w najgorszych
Kipi żarliwa i porywcza moc.*

______
*Fragment wiersza „Drugie przyjście” W.B. Yeatsa

Wrzesień 1945

Dźwięk metalu uderzającego o metal był nie do zniesienia. Spróbował wstać, jednak w tym samym momencie podłoga zadrżała i przewrócił się.  Złapał się za pulsującą głowę nie rozumiejąc nic z sytuacji, w której się znalazł. Powoli doczołgał się na czworakach do najbliższej ściany i oparł się o nią  biorąc głęboki oddech. Nim jego oczy przyzwyczaiły się do ciemności pomieszczenie szarpnęło w górę, jednak dopiero po chwili zorientował się, że znajduje się w windzie. Kołysała się gwałtownie na boki przyprawiając go o mdłości. Jedyne co mu zostało to pełne napięcia wyczekiwanie co dalej. Nie miał pojęcia jak tu się tutaj znalazł. Jednak po chwili kolejna myśli zamroczyła go tak, że niemal stracił przytomność. Nie pamiętał niczego. Nie pojmował jak to mogło być możliwe. Nie mógł przypomnieć sobie niczego ze swojej przeszłości. Na jego czole pojawiły się głębokie zmarszczki.  Przez jego głowę przechodziło wiele nic  nie znaczących obrazów – jeziora, krajobrazy, budynki. To wszystko było jednak dla niego niesamowicie obce, nie czuł żadnego związku z nimi, nie mógł sobie przypomnieć gdzie się znajdują, a także kiedy i w jakiej sytuacji je zobaczył. Widział także wiele sylwetek ludzi, jednak były one zamazane, niewyraźne i  w żadnej nie mógł znaleźć w nich niczego znajomego. Po chwili nagle jedna myśli zasłoniła mu wszystkie pozostałe. Pamiętał coś. Swoje imię.
Nazywam się Feliks – pomyślał. Przyciągnął nogi do tułowia i położył głowę na kolanach. Wcale nie cieszył się z powodu tego odkrycia. To imię było dla niego tak samo obce jak setki innych. Równie dobrze mógł nazywać się zupełnie inaczej, jednak ta myśl ciągle tkwiła w jego głowie, więc przyjął to jako coś naturalnego.
Feliks? – pomyślał – niech będzie w takim razie. Westchnął cicho, czuł się wyprany z emocji. Nie wiedział jak to możliwe – ktoś go tu przecież uwięził, stracił pamięć – a jednak był teraz nadzwyczajnie spokojny. Spokój. To uczucie dominowało teraz w jego sercu. A może to była ulga?
Co takiego się wydarzyło?
Oparł tył głowy o zimną metalową ścianę windy, która wciąż nieprzerwanie sunęła w górę.  Tak upłynęły mu minuty, a może i nawet godziny. Już dawno stracił rachubę czasu.
Gdy już myślał, że ta podróż nigdy się nie skończy, gwałtowne szarpnięcie windy, podobne do tego na początku, oznajmiło jej kres. Wstał i po omacku zaczął szukać drzwi, jednak nie znalazł niczego, co by w jakimkolwiek stopniu je przypominało. Zrezygnowany chciał ponownie pogrążyć się pustce jaka go wypełniała, jednak nagle zawładnęła nim niewytłumaczalna złość, przez co, nie kontrolując się kopnął w ścianę naprzeciwko.  Ze zdziwieniem odkrył, że wcale go to nie zabolało. Spojrzał w dół na swoje stopy. Miał na nich wojskowe obuwie z metalowym noskiem. Wyglądały na bardzo porządne. Przyjrzał się całemu swojemu strojowi. Był ubrany w luźne spodnie w kolorze khaki z szerokimi nogawkami zwężającymi się przy kostce, schowanymi w cholewie buta, a także prostą szarą bluzkę. Przejrzał wszystkie kieszenie, jednak były puste.  Winda wciąż się nie otwierała co dało mu chwilę na przemyślenia. Czy był żołnierzem? Spojrzał na swoje dłonie. Nie był nawet pewny czy potrafi obsługiwać broń, a tym bardziej kogoś zabić. Może został jeńcem? Ale kto był jego przeciwnikiem? Nie wiedział przecież nawet dla kogo mógł walczyć.
Jego frustracja rosła z każdą sekundą, aż w końcu zacisnął pięści i wykrzyczał w przestrzeń jakiś nieartykułowany dźwięk, który głucho odbił się od otaczających go ścian. Kiedy zamilkł natychmiast powróciła przenikliwa cisza. Westchnął ciężko i postanowił jeszcze raz przeszukać pomieszczenie. Zorientował się, że było jeszcze miejsce, którego nie sprawdzał. Przesunął dłońmi po ścianie windy i uśmiechnął się lekko z satysfakcją. Było tam coś na wzór poręczy, więc nie zastanawiając się długo postawił na niej jedną nogę i podciągnął się do góry dzięki prętowi wystającemu u rogu. Jego wzrok całkowicie przystosował się już do ciemności, więc z tej odległości bez trudu zauważył małe drzwiczki do wyjścia awaryjnego znajdującego się na suficie. Przez moment wahał się przed pociągnięciem za uchwyt, sam nie rozumiejąc dlaczego. Strach przed nieznanym? Jeśli ktoś go uwięził, nie może przecież pokazać, że się boi. Postanowił, że będzie twardy i nieugięty. Znajdując w sobie głęboko ukryte pokłady odwagi szarpnął za uchwyt, który ku jego zdziwieniu puścił bez problemu. Zalała go plama ostrego światła. Po tak długim czasie spędzonym w ciemności raziło go dotkliwie w oczy, przez co stracił równowagę i ponownie znalazł się na podłodze. Wzdrygnął się, gdy usłyszał donośny hałas, jednak po chwili zorientował się, że był to jedynie odgłos klapy opadającej na swoje pierwotne miejsce. Zanim zdążył się wdrapać, by ponowić próbę wyjścia z potrzasku, drzwiczki otworzyły się same, a raczej - gwoli ścisłości – ktoś je otworzył.
-Ej! Ktoś jeszcze tu jest! –usłyszał donośny głos z góry. Osobliwą rzeczą było to, że doskonale zrozumiał co takiego tamten powiedział, jednak był to inny język, niż ten, w którym myślał. Czy tego nie było już za wiele?
Gdy jego oczy przyzwyczaiły się do blasku słońca, zauważył sylwetkę wysokiego człowieka, który przyglądał mu się badawczo.
-No chyba sobie żartujesz –odpowiedział mu piskliwy głos w oddali –kolejny? –rzucił z przekąsem.
Nieznajomy w końcu kucnął i pochylił się nad otwartą klapą. Uśmiechnął się lekko i wyciągnął rękę.
-Pomóc?
Feliks miał mieszane uczucia. Pierwszy raz w życiu go widział i nie miał pojęcia kim jest, jednak podświadomie wzbudzał w nim zaufanie. Jego szorstkie rysy twarzy, błękitne oczy i łagodny uśmiech powodowały w nim dziwne uczucie bezpieczeństwa.
Wziął głęboki oddech i podciągnął się na pręcie wystającym ze ściany, łapiąc się dłoni nieznajomego. Ten bez trudu pomógł mu wyjść z windy na powierzchnię, wyglądał na dość silnego. 
-Jak ci na imię? –spytał Feliks. Jego mózg nie do końca to wszystko rozumiał, więc to idiotyczne pytanie było pierwszym jakie przyszło mu na myśl.
-Jestem Ludwig, miło mi –znów wyciągnął dłoń, tym razem na powitanie –chyba przez jakiś czas będziemy na siebie skazani.

***
Po chwili podeszło do nich jeszcze kilka osób. Nikt nie wyglądał, jakby miał powyżej dwudziestu lat, wszyscy byli również podobnie ubrani do niego.
-Ciekawe ilu nas jeszcze tu będzie… –narzekał znów ten sam głos, tym razem mógł ujrzeć  jednak jego właściciela. Był nim niewysoki chłopak ze skośnymi oczami i ciemnobrązowymi włosami związanymi w kitkę. Podszedł do Feliksa i puknął go palcem wskazującym w pierś –Ej, świeżuchu! Jestem Yao i to ja tutaj dowodzę! –powiedział poważnym tonem, jednak dźwięk jego głosu tak rozbawił Feliksa, że niemal wybuchnął śmiechem.
-Hej! Z jakiej racji to ty niby dowodzisz? – wykrzyknął ktoś jeszcze –Jesteś tu może od kilku dni! To ja byłem pierwszy!
-A ja zaraz po nim! –zaoponował inny.
-Możecie się wreszcie uspokoić?! Zachowujecie się jak dzieci, naprawdę –donośnym głosem skarcił ich chłopak, który dopiero podszedł do grupki. Groźnym wzrokiem spojrzał na Yao, na co ten stał się jeszcze niższy, niż był. Burknął coś pod nosem i odszedł w bok, trochę zły i trochę przestraszony .
-Witamy kolejnego w tej pułapce –powiedział przybysz szyderczo i ukłonił się przed nim na pokaz. –Podobno jestem Feliciano, ja jednak niezbyt w to wierzę –prychnął. –Rozgość się, a kto wie, kto wie, może to właśnie będziesz tym, kto rozwiąże tą zagadkę? –otwartą dłonią zatoczył półkole przed sobą –Jak to mówią, hulaj dusza, piekła nie ma, co? –odwrócił się i odszedł na pięcie. Zrobił kilka kroków i przekrzywił głowę do tyłu, tak, że ich spojrzenia się spotkały –a może właśnie to jest piekło? –uśmiechnął się złowrogo.
Feliks przełknął nerwowo ślinę. Ten gość był naprawdę przerażający.

Gdy zamieszanie wokół jego osoby zelżało, dopiero wtedy rozejrzał się dookoła. Na początku wydawało mu się, że jest na otwartej przestrzeni, jednak niemal od razu brutalna rzeczywistość ukazała przed nim wysoki mur otaczający prostokąt o wymiarach boiska piłkarskiego. Zmrużył brwi –wiedział jak wyglądał stadion, ale nie mógł przypomnieć sobie  gdzie i w jakiej sytuacji go zobaczył, po prostu pusty obraz.  Potarł palcami skroń, czuł, że jego mózg zaraz eksploduje.
-I jak? –usłyszał głos za swoimi plecami. Obrócił się gwałtownie, był to ten sam chłopak, który pomógł mu wyjść z windy.
-A jak ma być? – powiedział z przekąsem –ktoś  mi wreszcie wytłumaczy, gdzie jesteśmy? Dlaczego nas tu uwięziono? Czy tylko ja niczego nie pamiętam?
Blondyn przeczesał palcami włosy i westchnął.
-Nikt niczego nie pamięta, no oprócz swoich imion, ale i tak pewnie są nieprawdziwe. Każdy z nas przybył tu tą samą drogą, co ty –zaczęli iść wzdłuż muru okalającego strefę. Tak, strefa to było dobre określenie. Wszystko wokół było porośnięte trawą, co jakiś czas rosły tu niewysokie drzewa, a słońce dawało przyjemne ciepło znad błękitnego nieba.  Jednak poza tym i klapą od windy, nie było tu niczego. Zieleń, mury, drzewa, pełno zieleni. Ogromna pustka.
-Jest tu nas z tobą na razie dziewięć osób –kontynuował –pierwszy, Alfred, przybył tu dwa tygodnie temu. Od tamtego czasu prawie codziennie ktoś dostawał się tu przez tą windę i nie pamiętał nic ze swojej przeszłości. Jednak kilka dni temu wszystko się skończyło,  nikogo więcej nie przysłano. W każdym razie tak myśleliśmy, bo dziś pojawiłeś się ty.
-I co wy przez ten cały czas robicie? Próbowaliście stąd uciec? Przez ten mur, albo windę? –powiedział z niedowierzaniem w głosie.
-Oczywiście, niezliczoną ilość razy, ale to nie możliwe. Jeszcze dziwniejsze jest to, że w ogóle nie odczuwamy głodu ani pragnienia.  Po prostu całymi dniami siedzimy tutaj tracąc nadzieję, że kiedykolwiek stąd wyjdziemy.
Nie odczuwali głodu? Przecież to niemożliwe. Organizm nie może funkcjonować bez pożywienia –kopnął kamyk walający się po trawie, poczuł ogromne poczucie bezsilności, tak wielkie, że był pewien, iż nigdy takiego nie doznał, mimo utraty pamięci.
-Hej –zagadał po chwili –myślisz, że my nie żyjemy?
Ludwig uniósł brwi i po chwili je zmarszczył.
-Też nad tym myślałem. Jednak mimo wszystko to nie wygląda mi na piekło. Na Niebo tym bardziej.
-A może te wszystkie wyobrażenia o śmierci były błędne? Może po niej właśnie trafia się do takiego miejsca? –westchnął ciężko – nie wiem już co gorsze…
-To czemu tu jest tak mało osób? Straciłem pamięć, ale wydaje mi się, że na świecie nie mogło być tylko tylu ludzi.
-A co z naszym wiekiem? Wyglądamy na nastolatków, a ja się czuję o wiele starzej –mruknął pod nosem. Ludwig jedynie wzruszył bezsilnie ramionami i nie odpowiedział.
Dochodzili już do kąta, gdzie mur skręcał o dziewięćdziesiąt stopni. Pod drzewem ktoś siedział z podkulonymi kolanami i z pustym przerażonym wzrokiem chybotał się w przód i w tył. Feliks posłał Ludwigowi pytające spojrzenie, na co ten opowiedział:
-Ivan. Przybył tu przed tobą. Dziwny człowiek. Na początku chcieliśmy się z nim integrować, ale bał się wszystkiego i wszystkich dookoła, no to go w końcu zostawiliśmy w spokoju.
Przeszli obok niego nawet nie próbując zaczynać rozmowy.
Feliks miał teraz w głowie tylko jedną myśl.
Obłęd.



Jak pewnie zauważyliście – postacie zupełnie niekanonowe – i  tak ma być c: Naprawdę cieszę się, że wzięłam się za to opowiadanie. 

sobota, 28 czerwca 2014

Poszukiwania cz.2 -ost.

Oto jest druga i ostatnia część :) Kolejne opowiadanie prawdopodobnie pojawi się gdzieś pod koniec sierpnia (no-one-cares), ponieważ w lipcu wyjeżdżam i nie będę miała dostępu do komputera.
/chciałabym jeszcze tylko napisać, żeby nie brać tutaj czasu i przestrzeni na serio (np. po paru godzinach są w innym państwie ;P)/

-Gotowy? –Węgry z uśmiechem czekała przy drzwiach na Polskę.
-Gotowy, gotowy... –mruknął ziewając przeciągle.
-Czyżbyś się nie wysypiał ostatnio? –spytała unosząc jedną brew do góry.
-Ja i niewyspanie? No co ty… Czuję się jak młody bóg! –wyszczerzył swoje zęby z pewną dozą sarkazmu.
-Hej! Nie żartuj sobie ze mnie, ja się tu o ciebie martwię! –mówiąc to walnęła go łokciem w brzuch.
-Nie musisz… serio –powiedział trzymając się za niego i próbując udawać, że go wcale nie zabolało.
Gdy wyszli na dwór, przywitało ich zimne, pochmurne popołudnie. Feliks chciał już zaproponować, by przeczekali jeszcze noc, jednak gdy tylko zobaczył spojrzenie Węgier, od razu zrezygnował z tego pomysłu. Westchnął przeciągle, wcale nie miał ochoty na takie podróże.

Gdy dotarli na miejsce był już wieczór, a słońce całkowicie schowało się za horyzontem. Zatrzymali się przed bramą dość dużego, gustownego dworku. Dookoła podwórza rosły wysokie krzewy z wieloma gatunkami róż, a także dużo innych wielobarwnych kwiatów. Patrząc się na to wszystko, na pierwszy rzut oka wyglądało to bardziej na pałacyk jakiejś księżniczki niż dom personifikacji.
Podeszli do małego guziczka w ścianie muru ogradzającego posiadłość i nacisnęli go. Dookoła nich rozległ się przyjemny świergot ptaków. Chwilę czekali na odpowiedź, jednak nikt nie przyszedł im otworzyć.
Czyli jednak naprawdę gdzieś pojechał... –westchnęła Węgry zrezygnowana.
Polska jednak nie poddał się tak łatwo i zaczął badawczo wypatrywać czegoś w oddali.
-Ej, tam ktoś podlewa kwiaty! Może będzie wiedział, gdzie podział się ten Kochaś? –zaczął machać ręką i wołać w kierunku człowieka stojącego kilkadziesiąt metrów od nich pielęgnując kwiaty. Mimo najszczerszych wysiłków Feliksa, mężczyzna zdawał się nie zwracać na nich uwagi.
-Wyobrażasz to sobie? –powiedział zirytowany –on mnie po prostu ignoruje! –po tych słowach blondyn zaczął wspinać się po szczeblach żelaznej bramy.
-H-hej, co ty wyprawiasz?! –jego towarzyszka niemal pisnęła z uniesionymi brwiami –nie możesz ot tak włamywać się do czyjegoś domu!
-Ja się wcale nie włamuję, chcę tylko złożyć małą wizytę temu panu –to mówiąc zeskoczył z drugiej strony bramy i pobiegł w stronę mężczyzny posyłając jej zadziorny uśmieszek.

***
Wszyscy z niepokojem wysłuchiwali jakiegokolwiek odgłosu zza drzwi. Po kilku minutach odetchnęli jednak z ulgą, ponieważ okazało się, że zagrożenie przeszło bokiem. Przynajmniej na razie.
-Nie możemy tu siedzieć w nieskończoność –znów zaczął narzekać Ameryka –czy oni nigdy nie przestaną nas szukać? –wyjąkał.
-Zamknij się idioto, ja też bym na ich miejscu nas szukał –wymamrotał zezłoszczony Anglia.
-Ale to są jacyś psychopaci! Gdybyśmy im w porę nie uciekli, to już bylibyśmy martwi!
-A pomyśl, dlaczego się tak zachowują, hm? To była jakaś ich świętość, a my to im tak po prostu zniszczyliśmy… a przez kogo to wszystko? –uniósł głowę czekając na odpowiedź.
Alfred chwilę patrzył się naburmuszony na niego, po czym nieco spuścił z tonu i wymamrotał tylko – to przecież przypadkiem było…

***
Węgry wyczekiwała Polski ze zniecierpliwieniem, starając się wypatrzeć go w ciemnym ogródku na terenie posiadłości. Utrudniał to również fakt, że teren był gęsto pokryty żywopłotem i praktycznie nic nie było widać.
-Francis i ten jego roślinny fetysz –cicho przeklnęła pod nosem starając przynajmniej cokolwiek usłyszeć z ich rozmowy. Po chwili jednak z zaskoczeniem zauważyła, że Feliks idzie w jej kierunku zadowolony trzymając małą kartkę w ręce. Zwinnie przeskoczył przez ogrodzenie stając przed nią dumny i pełen satysfakcji z dobrze wykonanego zadania.
-I co? I co? Dowiedziałeś się czegoś? –zaczęła się go wypytywać, ten jednak stał jedynie wyprężając pierś do przodu. Po chwili posłał jej uśmieszek i wręczył notatkę z zapisanym na niej adresem.
-Już chyba wiem, gdzie to się podział twój imprezowicz.

Patrzyła się na skrawek papieru z szeroko otwartymi oczami, nie mogąc wierzyć, w to co widzi.
-Do Ameryki?! Po co miał by tam jechać…? –spytała zaskoczona.
Polska wywrócił oczami.
-Wiesz ile ja musiałem się namęczyć, żeby wyciągnąć coś od tego faceta? Od razu chciał nasłać na mnie policję, zaczął na mnie krzyczeć, że co ja tu robię, co ja sobie wyobrażam… –niewinnie uniósł ramiona –a ja grzecznie, kulturalnie tylko do niego podszedłem. Czy wszyscy tutaj są tacy gburowaci?
Węgry spojrzała na niego podejrzliwe unosząc jedną brew.
-Więc w jaki sposób wyciągnąłeś od niego te informacje…?
-Mam swoje sposoby –Feliks uśmiechnął się tajemniczo przytykając palec wskazujący do ust.
Elizaveta zmrużyła wzrok, jednak nie skomentowała tego. Wolała chyba nie wiedzieć, jakichże to „sposobów” użył.
-Niech ci będzie… to mów co wiesz.
-Ten gościu też niewiele wiedział. Francis powiedział mu tylko, że jedzie do Ameryki, bo Alfredowi zachciało się wrażeń. Potem podał mu nazwę tego miasteczka i już go nie było –spojrzał na Węgry ze złośliwym uśmieszkiem –czyli tak jak mówiłem, poszedł balować ze wszystkimi, a ty niepotrzebnie się martwisz.
-Ale nie ma go już tak długo! –spuściła wzrok –a co jeśli coś się wydarzyło?
Polska wywrócił oczami i spojrzał na nią wymownie.
-Mam tam teraz jechać, prawda?
Oczy Elizavety zaświeciły się pełne wdzięczności.

***
-Posłuchajcie, ktoś wreszcie musi wyjść i zawiadomić pomoc –powiedział stanowczo Niemcy.
-Ja już chyba wiem, kto to będzie –powiedział Prusy patrząc się drwiąco na niego.
-Wykłócanie się nic nam nie da –odezwał się Francja, co było dość dużym zaskoczeniem dla zebranych, ponieważ dotąd nie wykazywał on zainteresowania zaistniałą sytuacją. Co było jeszcze dziwniejsze, nagle zaczął wyjmować sobie coś ze swoich włosów. Wszyscy gapili się na niego nie rozumiejąc, co robi.
-Niech los zadecyduje! –powiedział dumnie pokazując w dłoni kolekcję kilku wsuwek o różnych długościach.

***

Droga zajęła im całą noc.  Dotarcie do miasteczka był dość problematyczne, ponieważ było ono małe i słabo oznaczone. Wreszcie z ulgą udało im się jednak dojrzeć znak powitalny.
-Prześpijmy się trochę w aucie, jestem wykończony... –mruknął Feliks ziewając przeciągle.
-No coś ty! Jesteśmy już ta blisko, a ty chcesz sobie drzemkę urządzać?! –powiedziała Węgry niemal siłą wyciągając go z auta.
Zatrzymali się na obrzeżach miasta i zaczęli iść wzdłuż drogi. Mimo, iż był to niedzielny poranek i oczywistością było, że każdy jeszcze śpi, jednak było zbyt cicho. Mięli wrażenie, jakby wszystko nagle zamilkło. Nie słyszeli nawet śpiewu ptaków, żaden samochód nie przejeżdżał, żaden pies nie szczekał. Było dziwnie. Oboje to wiedzieli, jednak żadne z nich nie chciało tego przyznać.
Szli kilka minut główną ulicą szukając jakiejkolwiek żywej duszy, dopóki nie napotkali pewnej osobliwej rzeczy. Węgry uniosła wysoko brwi, a Polska przetarł oczy ze zdumienia.
-Czy ja dobrze widzę…? –wyszeptał niemal bezgłośnie.
Tuż przed bramą parku stał, jak gdyby nigdy nic, wielki czołg.
-Co to ma znaczyć?! –wyjąkała Elizaveta.
Ostrożnie podeszli do pojazdu szczegółowo się mu przyglądając.
-Nie wygląda mi to na replikę… -mruknął Feliks, po czym rozejrzał się dookoła. Nagle jego uwagę przykuła tabliczka wisząca na bramie –Ela patrz!


Wystawa zabytków z II Wojny Światowej.
Zapraszamy!

Głośno wypuścił powietrze.
-Myślę, że już wiem po co tu przyjechali…
Węgry pufnęła zezłoszczona.
-Ten dupek wystawił mnie tylko po to, by pooglądać sobie jakieś graty?! Jak go dorwę to kształt jego głowy już nie będzie taki sam.
Feliks zaśmiał się wyobrażając sobie tą sytuację. Po chwili jednak spoważniał.
-W tym problem, że nie mamy pojęcia gdzie oni są. Gdzie ktokolwiek z tego miasteczka jest.
Udali się w kierunku wystawy. Szli powoli alejkami podziwiając wiele bardzo dobrze zachowanych zabytków. Po chwili zauważyli jednak kolejną osobliwość tego miasteczka. Na środku placu otoczonego parkiem stał wysoki pomnik przedstawiającego jakiegoś człowieka w wojskowym mundurze na koniu. Lepszym określeniem byłoby jednak słowo przedstawiał, gdyż mężczyźnie brakowało głowy, prawej ręki i kawałka torsu.
-Co tu się wydarzyło…? –wyszeptała Węgry, nie wiedząc jak inaczej skomentować, to co widzi. Polska jednak nic nie powiedział, podszedł jedynie bliżej do posągu i zaczął mu się bacznie przyglądać, jednocześnie drapiąc się po brodzie i głęboko się nad czymś zastanawiając. Obszedł go kilka razy dookoła, gdy nagle obrócił się gwałtownie.
-Bingo! –wykrzyknął.
-C-co „bingo”? –spytała niepewnie Elizaveta. Feliks wskazał palcem na armatę stojącą nieopodal, skierowaną dokładnie w stronę pomnika –Coś świta?
Węgry patrzyła się nie mogąc uwierzyć w to, co widzi.
-Po co ktoś miałby strzelać z armaty do posągów?!
Polska zaśmiał się chodząc w tą i z powrotem –No któż to mógł być? No nie wiem… może jacyś turyści, którzy chcieli sprawdzić, czy wciąż potrafią się tym ustrojstwem obsługiwać… hm? Co o tym sądzisz? –oparł się o bok armaty rozbawiony.
-Nie… to niemożliwe. Oni nie są aż tak głupi... –wyjąkała.
-A jednak! –uśmiechnął się przesuwając dłonią po dziale –wciąż nie wiemy jednak, dlaczego miasto jest takie opustoszałe…
Ledwo skończył to mówić, gdy do ich uszu dotarło dziwne dudnienie.
-Co tym razem…? –Węgry przystawiła dłoń do czoła załamana.
Dźwięk z sekundy na sekundę stawał się coraz głośniejszy.
-To chyba stamtąd –Feliks wskazał na boczną ulicę. Oboje pobiegli w tamtą stronę zobaczyć co się dzieje, jednak to co ujrzeli, przerosło ich najśmielsze oczekiwania.
Środkiem drogi biegł nie kto inny jak Gilbert. Lepszym określeniem byłaby jednak ucieczka. Bardzo szybka ucieczka przed rozwścieczonym tłumem, który nie zamierzał tak łatwo odpuścić.
Pogoń kierowała się w ich stronę, jednak nie byli w stanie usunąć się z drogi, ponieważ byli zbyt pochłonięci tym irracjonalnym widokiem uciekającego Prusaka. W końcu on także ich dostrzegł, a oczy niemal wyleciały mu z orbit. On chyba również nie mógł pojąć surrealizmu tego wydarzenia. W ostatniej chwili zdążyli przesunąć się na chodnik, tak by nie zostać rozdeptani przez dziki tłum.
-Apteka…! Piwnica! –zdołał jedynie wykrzyczeć po polsku Gilbert mijając ich, tak, by mieszkańcy miasteczka go nie zrozumieli.
Kilka sekund później wszyscy znikli im z pola widzenia.
-Okeeej... –powiedział przeciągle Feliks –coś mi się wydaję, że teraz najlepszym wyjściem byłoby pójście do tego miejsca.
Węgry jedynie mu przytaknęła, nie mogąc inaczej skomentować tego, co właśnie zobaczyła.

Znalezienie apteki nie było zbyt trudnym zadaniem, gdyż miasteczko było stosunkowo małe i dobrze oznaczone. Starali się wypatrzeć coś przez szybę witryny, jednak nic nadzwyczajnego nie rzuciło im się w oczy. Feliks delikatnie nacisnął klamkę, co, o dziwo, poskutkowało. Weszli do środka jasnego pomieszczenia wypatrując jakichś drzwi mogących zaprowadzić ich do piwnicy. Gdy przeszli na zaplecze, ich oczom ukazało się kilka schodków prowadzących w dół i małe drzwi. Spróbowali je otworzyć, jednak tym razem im się to nie udało.
Polska podrapał się po brodzie i odsunął się trochę od drzwi, na tyle na ile pozwalała szerokość pomieszczenia.
-Feliks, co ty chcesz... –Elizavecie nie było dane dokończyć pytania, gdyż w tym momencie blondyn z impetem rzucił się na drzwi, przebijając je na wylot. Z dumą ocenił swoją pracę.
-Tak jak myślałem, to tylko tandetna płyta pilśniowa... –gdy tylko przestał podziwiać swój wyczyn, rozejrzał się dookoła. Dopiero teraz zauważył grupkę ludzi siedzącą w kącie. Przez kilka chwil mierzyli się wzrokiem.
-Feliks?! A ty co tu robisz? –spytał niedowierzający Alfred.
-Ktoś was musiał w końcu uratować, czyż nie? –uśmiechnął się złośliwie.

***
Szli grupką przez miasto, bacznie obserwując swoje otoczenie. Teraz im brakowało tylko tego, by natrafić na grupę rozwścieczonych mieszkańców.
-Mamy jakiś plan? –spytał Ludwig.
-Przydałoby się dostać do samochodu –mruknął Feliks.
-A co z Gilbertem? Nie możemy go tak tu zostawić –jęknęła Węgry.
-Najważniejsze, to dostać się do auta, potem się coś wymyśli.

Przemierzali opuszczone ulice nasłuchując jakiegokolwiek dźwięku. Z ulgą dotarli do pojazdu Polski, jednak okazało się, że samochód jest zbyt mały, by pomieścić ich wszystkich.
Wyszło na to, że Elizaveta została zmuszona usiąść na kolanach Francisa, który nie wyglądał, jakby zbytnio się tym przejmował. Gdy Feliks włączył silnik, zaproponował, by od razu uciekać stąd jak najdalej, jednak jego rozważania boleśnie przerwała podirytowana Węgry.
-Nie możemy tu nikogo zostawić –mruknął Niemcy rozważając wyjście z tej sytuacji.
-No to musimy go po prostu odbić –powiedział Polska z błyskiem w oku naciskając gwałtownie pedał gazu.

***

Gilbert biegł już ostatkiem sił. Wciąż nie mógł uwierzyć, jak dał się wplątać w to wszystko. To przez te wsuwki Francisa! Dlaczego to on musiał wylosować najkrótszą? I co tu robią Feliks i Elizaveta? Jak oni się tu znaleźli?
 Nie znał odpowiedzi na żadne z tych pytań.
Nagle do jego uszu dobiegł dziwny dźwięk, który po chwili zbiegł się z obrazem. Kilkaset kilometrów przed nim jechał rozpędzony samochód z grupką ludzi. Gdy przyjrzał się dokładniej, zobaczył w jego wnętrzu znajome sylwetki. Wielki uśmiech pojawił się na jego twarzy niemal tak szybko jak znikł. Jak oni mięli zamiar mu pomóc w ten sposób?
Pojazd zbliżał się nieubłaganie szybko, wciąż nie zmieniając swojego kursu. Nagle jednak drzwi się otworzyły i z wnętrza auta zaczęła wystawać ręka. Gilbert szybko ocenił sytuację. Jego pogoń była oddalona od niego o kilkanaście metrów, więc wywnioskował, że jeśli mocno się złapie… to może się udać.
Do spotkania zostało kilka sekund, a cała akcja trwała jeszcze krócej. Prusy z całych sił starał się trzymać wyciągniętej ręki, a w tym samym czasie Feliks gwałtownie skręcił, by nie uderzyć w tłum mieszkańców. Tym sposobem, prawa fizyki zarzuciły albinosem tak, że wleciał na tylne siedzenia, a jego głowa znalazła się na kolanach zaskoczonej Elizavety.
-Cześć, tęskniłaś? –powiedział zawadiacko szczerząc swoje śnieżnobiałe zęby.
Prowadzący blondyn nie miał innego wyboru, jak tylko wjechać samochodem do parku. Musiał manewrować tak, by nie zderzyć się żadnym czołgiem, co miałoby katastrofalne skutki. Gdy zorał niemal wszystkie klomby kwiatów, wreszcie udało mu się wyjechać za ulicę, skąd udał się na drogę prowadzącą do wyjazdu z miasta, przy okazji łamiąc niemal wszystkie przepisy drogowe.
-No i kolejne miejsce na mapie, do którego już nigdy się nie udam –jęknął Alfred komentując całe to wydarzenie.


Nie ma to jak jechać do Ameryki samochodem... xD





niedziela, 8 czerwca 2014

Poszukiwania cz.1

Nareszcie udało mi się coś napisać~! ヽ(*・ω・)ノ Teraz marzę już tylko o słodkim lenistwie. Przez ostatnie kilka tygodni wyglądałam tak: 
(No dobra, może nie osiwiałam, ale ciągle chodziłam zmęczona ˃ᆺ˂ )


Starałam się wpleść tu trochę więcej postaci niż zazwyczaj i uprzedzam, że niektóre mogą odbiegać od kanonu. I przepraszam, że takie krótkie, następną część postaram się zrobić dłuższą. Enjoy!



-Mógłby mi ktoś powiedzieć, jakim cudem znaleźliśmy się w takiej sytuacji? –powiedział  drwiąco Prusy nie kierując wypowiedzi do nikogo konkretnego. Leżał na ziemi, leniwie wyciągając ręce do góry, by rozprostować trochę kości –Ale tak serio, trzeba być idiotą, żeby się w takie gówno wpakować... –mruknął ziewając.
-Nie zapominaj, że tak samo za to odpowiadasz, jak my wszyscy –odburknął podirytowany jego zachowaniem Niemcy siedzący przy ścianie.
-Braciszku, nie denerwuj się tak, bo ci się zmarszczki pojawią~– zachichotał złośliwie.
-Jak to wszyscy?! –wtrącił się Anglia –od początku byłem temu przeciwny! To wszystko przez tego chodzącego McDonalda, wrażeń mu się zachciało.
-Teraz to taki świętoszek z ciebie herbaciarzu, tak? –zaoponował Ameryka –Jakoś wcześniej nawet słowa sprzeciwu od ciebie nie usłyszałem!
-Hej, przestańcie się kłócić, Prusy ma rację, złość piękności szkodzi –powiedział rozbawiony Francja nic nie robiąc sobie z napiętej sytuacji.
-Wy chyba naprawdę nie zdajecie sobie z naszego beznadziejnego położenia! –wrzasnął Anglia –siedzimy tu jak jakieś sardynki w puszce, a wy zamiast coś wymyślić to się tylko kłócicie!
-Możesz wyjść, nikt cię tu nie trzyma –odparł złośliwie Prusy.

***
-Ha! Nie złapiesz mnie teraz! –dziewczynka w kolorowej sukience z falbankami wdrapała się na wysokie drzewo.
-Przecież umiem się wspinać! –odparł chłopczyk z zadyszką opierając się o pień drzewa.
-I tak nie dasz rady~ Nie masz siły –odpowiedziała wciąż wspinając się coraz wyżej.
-Chciałabyś! –zacisnął swoje piąstki i poczerwieniał ze złości. Dlaczego ona zawsze miała lepszą kondycję od niego? Włożył stopę w pierwszą szczelinę i niezdarnie starał się złapać jakiejś gałęzi. Dziewczynka z rozbawieniem patrzyła na jego wyczyny. Po chwili jednak z zaskoczeniem zauważyła, że zbliża się do niej coraz bardziej.
-Nawet nie najgorzej ci idzie, wiesz? –mówiła do niego wesoło bujając nogami na gałęzi –jakbyś jeszcze trochę poćwiczył, to może za kilka lat mi dorównasz~.
Chłopiec, tym razem czerwony z wysiłku, nie dawał za wygraną i znacznie przyspieszył, tak, że dzielił ich teraz niecały metr.
-E-ej, co tak pędzisz? –dziewczynka spojrzała się w górę. Byli już na samym czubku drzewa. Nie było żadnej drogi ucieczki. Niezdarnie wstała z gałęzi i spojrzała na polanę. Dobre cztery metry w dół. Nagle poczuła szarpnięcie. Chłopak złapał dłonią gałąź, na której stała, przez co jej noga ześlizgnęła się i straciła równowagę. Oboje nie spodziewali się takiego obrotu spraw, więc chłopiec jedynie co mógł zrobić to patrzeć się z szeroko otwartymi na spadającą na niego sylwetkę.
Jego ciało dość mocno odczuło spotkanie z ziemią, jednak bardziej przeraziło go to, że na klatce piersiowej również czuje jakiś ciężar, a czyjeś długie włosy uniemożliwiają mu oddychanie. Otworzył oczy i odgarnął je ze swojej twarzy.
-M-mogłabyś tak jakby już ze mnie zejść –powiedział niezręcznie.
Dziewczynka powoli sturlała się na ziemię, tak, że leżała teraz obok niego.
-Ale z ciebie niezdara –odparła śmiejąc się.
-Ze mnie?! A kto nie potrafi utrzymać się na drzewie, hę? – pufnął urażony. Chwilę leżeli w milczeniu.
-Wiesz co? –westchnęła melancholijnie –szkoda, że tak naprawdę nie było…
-Nie rozumiem.. –uniósł brwi.
-Przez całe dzieciństwo nie miałam na sobie ani jednej sukienki –wstała i obróciła się dookoła siebie, tak, że jej falbanki zawirowały –Patrz, jak ładnie bym wyglądała.
-Co masz na myśli? Przecież ciągle jesteśmy dziećmi –jego twarz wyrażała prawdziwą konsternację.
Uśmiechnęła się delikatnie i pochyliła się nad nim.
-Właśnie, że nie. Jesteśmy już dorośli, Feliks.

-Co?! –krzyknął i gwałtownie podniósł się do pozycji siedzącej. Rozejrzał się dookoła. Siedział na krześle w gabinecie, a na wprost niego przyglądał mu się badawczo jego szef.
-Jak to co? Słuchałeś mnie w ogóle? Jakiś nieprzytomny dzisiaj jesteś.
Polska wciąż wpatrywał się w niego z uniesionymi brwiami.
-Przepraszam –wyksztusił wreszcie –ostatnio się nie wysypiam.
-Widzę… dobrze, na dziś skończymy. I tak pewnie nie dotarło do ciebie nic, co mówiłem przez ostatnie pół godziny, prawda?
Feliks zrobił niewinną minę i uniósł ramiona w przepraszającym geście.
Szef westchnął i wywrócił oczami.
-Eh, porozmawiamy kiedy indziej, a teraz idź się wyspać.

***
-To co robimy? Nie możemy przecież siedzieć tu w nieskończoność –powiedział znużony Ameryka –głodny jestem.
-Czy ty nie możesz przestać myśleć o jedzeniu? –podirytowany Anglia chodził w kółko.
-Gdyby nie moje zapasy jedzenia już dawno byśmy zdychali z głodu!
-Bądźcie cicho wreszcie! –krzyknął Niemcy –ktoś musi wyjść i poinformować o sytuacji.
-Przecież to samobójstwo –wywrócił oczami Prusy.
-No to masz może jakiś lepszy pomysł?
-Przecież już ktoś na pewno zainteresował się moim zniknięciem –odparł Francja –zapewne zaczęli mnie już szukać.
-A powiedziałeś żabojadzie chociaż komukolwiek gdzie jedziemy?
Francis umilkł. Nie chciał, się przyznać, że wspomniał coś tylko swojemu ogrodnikowi, który zazwyczaj zapomina całą treść rozmowy po kilku minutach.

***
Pierwsze co zrobił po przyjściu do domu to rzucenie się na łóżko. Ostatnio nie miał czasu nawet na chwilę odpoczynku. Do tego wszystkiego ma jakieś dziwne sny…
Z błogim uśmiechem na twarzy wtulił się w poduszkę i zamknął oczy.
Po chwili jednak, pewien tak bardzo znienawidzony przez Feliksa dźwięk przerwał ciszę.
Dzwonek do drzwi.
-Kogo to diabli niosą... –westchnął i klnąc pod nosem podszedł i otworzył je. Jego oczom ukazał się nie kto inny jak Węgierka.
-Szia! –przywitała się wesoło.
-C-cześć –odpowiedział dość zaskoczony tą niespodziewaną wizytą, jednak mimo wszystko uśmiech pojawił się na jego twarzy –Co u ciebie słychać?
-A, wiesz, byłam w okolicy, to postanowiłam, że wpadnę. Mam nadzieję, że nie przeszkadzam?
-Nie, jasne, że nie. Wchodź –zaprosił ją do środka. Uśmiechnęła się z wdzięcznością i weszła do domu.
-Zrobić ci kawy?
-Jasne! Strasznie zimno, jak na tą porę roku, nieprawdaż? –odpowiedziała ściągając płaszcz.
-Yhm –mruknął kierując się w stronę kuchni. Dziewczyna poszła za nim rozglądając się jednak nerwowo dookoła. Feliks zauważył to.
-Stało się coś? –spytał podejrzliwie.
-Hę? Czemu pytasz?
-Jakoś dziwnie się zachowujesz…
-Dziwnie? – mruknęła rozglądając się po salonie. Feliks skwitował to tylko lekkim uniesieniem brwi, ale nic nie powiedział.
Oboje czekali w milczeniu aż ekspres przygotuje kawę.
-A właśnie, wydaje mi się, że ostatnio zostawiłam szalik u ciebie na górze, mogłabym sprawdzić? –niewinnie uśmiechnęła się do niego.
-Na pewno bym zauważył, gdybyś coś zostawiła... –nie zdążył dokończyć, bo ta była już na schodach.
-Co w nią wstąpiło dzisiaj? –powiedział do siebie i zaniósł kawy do pokoju. Po chwili na fotelu obok usiadła lekko zawiedziona Węgry i westchnęła głośno.
-Mówiłem ci, że go tam nie będzie –powiedział  Feliks, gdy zobaczył jej minę.
-Nie oto chodzi… wcale nie szukałam szalika…
-A więc czego?
-No bo... –zawahała się –wcale nie przyszłam tu bez powodu –zamilkła, a Polska wpatrywał się w nią, czekając na ciąg dalszy.    
-Myślałam, że jest może u ciebie Gilbert –wyksztusiła z siebie i oblała się rumieńcem.
-Dlaczego miałby u mnie być…? –brwi Feliksa uniosły się naprawdę wysoko.
-Bo... –stopa dziewczyny zaczęła wykonywać okręgi na dywanie –długi czas nie mam już z nim kontaktu, szukałam go już wszędzie i ty byłeś moją ostatnią deską ratunku.
-No ale żeby był u mnie?
Węgry zrobiła smutną minę.
-Przepraszam, że zawracam ci głowę, pewnie szlaja się gdzieś ze znajomymi, a ja niepotrzebnie się martwię…
-Długo go już nie masz z nim kontaktu? –spytał siorbiąc powoli kawę.
-Kilka dni…
Polska poczuł się lekko urażony. Gdyby go nie było przez taki czas, nikt pewnie by nawet tego nie zauważył.
-Nic ci nie mówił gdzie idzie? Nie masz zielonego pojęcia gdzie mógł pójść?
-Wiesz, ogólnie to bym się tak nie martwiła, że go nie ma, ale tego dnia kiedy zniknął, mięliśmy się spotkać. I kiedy już na niego czekałam to nagle do mnie zadzwonił i powiedział, że dziś nie może… że coś mu wyskoczyło, że bardzo przeprasza i mi to kiedyś wynagrodzi…
-A jaki miał głos? Nerwowy był, czy coś? –spytał dociekliwie Feliks.
-Nie, wręcz przeciwnie, miałam wrażenie, jakby bardzo dobrze się bawił. Nawet jakieś śmiechy w tle słyszałam…
-Ja tam uważam, że niepotrzebnie aż tak się stresujesz. Żeby to pierwszy raz poszedł się włóczyć niewiadomo gdzie…
-Ale zawsze dawał jakiś znak, że żyje. Czy to jakaś policja go złapała,  albo jakiś wybryk zrobił, o którym wszyscy mówili… A teraz zupełna cisza! To do niego niepodobne…

***
-Naprawdę nie ogarniam, jakim cudem na świecie istnieją takie wiochy, w których nie ma zasięgu –prychnął Gilbert mając ochotę rozbić swój telefon na kawałki –skąd ty w ogóle wytrzasnąłeś to ogłoszenie? No bo chyba nie z Internetu…
Alfred przełknął ślinę i nerwowo zaśmiał się drapiąc się po głowie.
-No tak jakoś znajomy znajomego powiedział komuś innemu i tak jakoś doszło do mnie… a ja potem powiedziałem wam... –niewinnie uniósł ramiona w geście bezradności –nie musieliście jechać przecież…
-A skąd ja miałam wiedzieć, że tak to się skończy?!
-Cicho bądźcie! –przerwał im Niemcy –słyszę jakieś głosy.
Wzrok wszystkich zebranych przeniósł się na metalowe drzwi.

***
-To gdzie już byłaś? –spytał Feliks.
-No u Ludwiga, ale go nie było. Miał tylko zostawioną karteczkę, że idzie na jakieś spotkanie z Francisem, więc u niego już nie szukałam... –westchnęła –potem poszłam do Rodericha i Antonia, ale oni nic nie wiedzą. Gdzie on się podział?
Feliks patrzył na jej zmartwioną twarz. Wciąż nie rozumiał dlaczego ona się tak przejmuje jego zniknięciem. Czy nie zauważa tego, że po prostu ją wystawił i to już nie pierwszy raz? Miał mu ochotę skopać tyłek za to, że tak bawi się jej uczuciami. Co ona w nim widzi?
-Pójdźmy może jednak do Francisa,  ktoś powinien wiedzieć, gdzie poszedł... –rzucił krótko wstając z fotela –pójdę tylko wrzucić coś na siebie świeżego.

Węgry siedziała nadal czekając na Polskę. 
Czemu on ma taką  zmartwioną minę? Nie wierzę, że też się martwi zaginięciem Gilberta –pomyślała i wzruszyła ramionami obojętnie biorąc kolejny łyk kawy.